Reklama

Wieczór wspomnień w Domu AK - Historię tworzą ludzie

21/11/2000 15:17
W listopadowy wieczór Stowarzyszenie Rodzin Katolickich Diecezji Płockiej i Polski Związek Katolicko-Społeczny zorganizował wieczór wspomnień. Wspominano tych, którzy przeminęli oraz tych, którzy przemijają z daleka od Ojczyzny.A to za sprawą zaproszonego gościa – Anatola Diaczyńskiego, pisarza, autora książki „To my jesteśmy, Polsko!”, opowiadającej o losach Polaków z Kazachstanu. Refleksjom towarzyszyły recytacje wierszy polskich poetów, lektura prezentowanej książki oraz wspólny śpiew pieśni patriotycznych i żołnierskich. Anatol Diaczyński, potomek polskich zesłańców (ur. 1951 we wsi Zielony Gaj) przyjechał do Polski wraz rodziną (żona, trzy córki, rodzice) z Kazachstanu w 1996 r. Mieszka w Stalowej Woli, gdzie pracuje w Domu Kultury. Jest absolwentem Literackiego Instytutu im. Gorkiego w Moskwie, autorem m.in. powieści „Myśmy do stepów unieśli Ojczyznę” oraz zbioru opowiadań „Legendy stepowe”. W 1998 r. został członkiem Związku Literatów Polskich. Jego rodzina została wywieziona przez Sowietów do Kazachstanu w 1936 r. w pierwszej fazie zsyłki,. (szansę powrotu miała druga fala, ta z 1941 r.). Diaczyński jest pierwszym z kazachskich Polaków, którzy podjęli ten temat. Jego książka „To my jesteśmy, Polsko!” jest dokumentem biograficznym, który w sposób sfabularyzowany opowiada o losach dziadka i jego rodziny: - Mój dziadek pochodził z Łodzi, ale jako młody chłopak osiedlił się w okolicach Żytomierza. Ożenił się po wojnie bolszewickiej. W latach 30. razem z rodziną został wywieziony do północnego Kazachstanu. Mieszkał we wsi zbudowanej w szczerym stepie. Po półtora roku został rozstrzelany przez NKWD. Została żona z czworgiem dzieci. Mój ojciec miał wtedy 10 lat – opowiadał Diaczyński. Najgorzej było za Stalina, kiedy Polacy wciąż musieli pracować na potrzeby frontu. Za Chruszczowa trochę zmniejszono podatki i nie trzeba już było systematycznie rejestrować się w Radzie Miejskiej. Zniesiono też zakaz chodzenia bez pozwolenia do sąsiednich wsi. Mówić o swej polskości można było zacząć dopiero za Gorbaczowa. Do tego czasu języka polskiego używano tylko w ukryciu, w domu. Z czasem Polacy mogli uczyć się we wszystkich dostępnych szkołach. Powstawały polskie związki i stowarzyszenia kulturalno-oświatowe. Diaczyński zaczął przyjeżdżać do Polski na kursy językowe do Lublina (pierwsze książki pisał po rosyjsku). W międzyczasie szukał rodziny za pośrednictwem PCK i Archiwum Państwowego. Udało się odnaleźć do dziś mieszkających w Łodzi stryjecznych braci ojca. W Kazachstanie mieszka jeszcze jego siostra i rodzina żony, bo na przenosiny nie ma pieniędzy. W Kazachstanie żyje się co najmniej ciężko: - Wszystkie narodowości żyją w nędzy, brak światła i ogrzewania. Do tego grasuje wielu tzw. mafiosów. Wyjechali prawie wszyscy Niemcy, dużo Rosjan i Białorusinów. Polaków mało, bo tylko się mówi o potrzebie repatriacji, a nic w tym celu nie robi. Lokalnym władzom jesteśmy obojętni, upadły zakłady, a kołchozy ledwie dyszą – relacjonuje Anatol Diaczyński. Do zachowania wiary i polskości w znaczącej mierze przyczynił się Kościół katolicki. Decyzją władz księża zmieniali się co prawda często, bo co roku albo co dwa lata, ale wszyscy potajemnie uczyli Polaków ich narodowego języka. Zapytany o następną książkę pisarz odpowiedział, że poczeka do czasu, aż rozpocznie się repatriacja. Do tej pory do Polski wróciło 2 tys. rodzin z Kazachstanu. Zgodnie z ustawą o repatriacji jej koszt spoczywa na barkach państwa. (eg) Fot. z archiwum Na zdjęciu: Anatol Diaczyński
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości