Nowa płyta Bobby McFerrina jest być może najlepszą, jaką ten artysta do tej pory nagrał. A to za sprawą zadziwiającej – jeśli weźmiemy pod uwagę jego popularność jako jazzowego wokalisty i towarzyszący mu podczas nagrania zestaw gwiazd - pokory wobec muzykiMuzyki, którą nie tyle wykonuje, dźwięków, które nie tyle śpiewa, ile pozwala im zabrzmieć za swoim skromnym, nie narzucającym się, choć trzeba przyznać niezbędnym pośrednictwem. Na pewno to kwestia przede wszystkim talentu McFerrina, który fantastyczne warunki głosowe: krystaliczną czystość artykulacji i klasyczną jasność frazy, w płynny, wręcz zwodniczo łatwy sposób łączy z niebywałą swobodą i spontanicznością. Jakby precyzyjnie skonstruowany, po brzegi zaprogramowany komputer, któremu wpisano nuty i słowa arii Mozarta, zaczął te arie po prostu śpiewać. Ale na szczęście nie potrafimy jeszcze budować maszyn ani nawet instrumentów w tak fenomenalny sposób, w jaki sami jesteśmy zbudowani. Bo przecież talent to nie wszystko. Niewiele rzeczy na świecie przychodzi nam łatwiej niż marnowanie własnych naturalnych zdolności. Tego, co każdego z nas wyróżnia, czyni jedynym, niepowtarzalnym. Dopiero żmudna i niewdzięczna praca nad sobą, prawdziwa pasja, a nade wszystko cierpliwość (tu nic się nie dzieje jak za wrzuceniem monety do automatu) mogą przynieść jakieś godne uwagi efekty. Ludzki los uwielbia jednak być kapryśny i ironiczny, więc nawet wtedy tylko mogą – lecz wcale nie muszą. Brak skutecznej, czytelnie wypisanej, podbitej odpowiednią pieczątką recepty na Dzieło Sztuki sprawia, że trudno polecać komukolwiek zostanie artystą. A już tym bardziej nie warto się do tego zmuszać, czego przykładów wokół aż nadto. Najnowszy album Bobby McFerrina nosi tytuł “Beyond Words” (czyli “Poza słowami”) i rzeczywiście stanowi fascynującą próbę opisania całkiem pokaźnej części świata, podzielenia się całkiem sporą porcją uczuć, wrażeń - a chwilami wręcz nawet przemyśleń – za pomocą ludzkiego głosu, ale bez użycia słów. Głos wokalisty zdaje się tu być zarówno odgrywającym swoją partię instrumentem – wiodącym, lecz wzorcowo współpracującym z innymi – jak i samą muzyczną treścią, czystą melodią. A więc zarówno przedmiotem, jak podmiotem. Zarówno formą, jak treścią. Stało się to możliwe na pewno dzięki perfekcyjnemu zgraniu z zaproszonymi do studia muzykami największego światowego formatu (na fortepianie zagrał Chick Corea, na drewnianych instrumentach dętych Keith Underwood, na basie Richard Bona, zaś na rozmaitych instrumentach perkusyjnych Omar Hakim i Cyro Baptista) oraz umiejętnie dobranym kompozycjom McFerrina, niezwykle “pojemnym” w znaczenia i konteksty, składającym się na wielobarwną, wielostylową i wielokulturową mozaikę, w której jazzowa pulsacja jest tylko pretekstem do wycieczek w kierunku muzyki Azji, Afryki czy południa Europy. Sam wokalista wspina się na szczyty technicznych możliwości pozornie niedbale, od niechcenia, sprawnie podsuwając główne tematy, szybko przechodząc do rozwijanych na ich gruncie improwizacji, konwersując sam ze sobą dzięki taśmowo dogranym chórkom. Utwory, które śpiewa to równie bezpretensjonalne, trwające po trzy albo cztery minuty miniaturki, unikające jak ognia wszelkiej przesady, silenia się na epicki patos czy nader częstą nadużywaną w jazzie wymuszoną “emocjonalność”. Wszystko to okazuje się zupełnie niepotrzebne, kiedy wystarcza pomysłów na melodie, tematy inspirowane folklorem różnych rejonów świata, delikatnie wycieniowane nastroje. Czytelność i przejrzystość aranżacji (minimum instrumentów znalazło się w rękach muzyków, którzy wycisnęli z nich maksimum możliwości) połączona ze zwięzłością i komunikatywnością partii wokalnych (mimo ich pozornej abstrakcyjności, oderwania od konkretnej rzeczywistości wskutek braku tekstów) zaowocowałyby na pewno płytą bardzo dobrą, nawet znakomitą. Co sprawia jednak, że w nowej płycie McFerrina można się dopatrzyć iskierki geniuszu, absolutu, dosłyszeć trzasku zapałki pocieranej o krawędź tekturowego pudełeczka z wiecznością? Wydaje się, że to kwestia niezwykłej skromności Mistrza. Jego pokory wobec otaczającego nas zewsząd oceanu dźwięków. A są to przecież dźwięki różnych kultur i regionów, różnych muzycznych stylów i tradycji. Dźwięki towarzyszące nam w powszednim życiu i podczas odświętnej wizyty w filharmonii, przy codziennej pracy i niedzielnych zabawach. Dźwięki bywające echem nas samych, naszej radości i smutku, które tak dobrze znamy, ale i echem tajemniczego świata wokół, z milionami obcych nam języków, świergotu ptaków, pieśni wielorybów, płaczu morskich fal i krzyku wulkanów, języków, których nigdy nie zdołamy pojąć do końca. Bobby McFerrin dobrze o tym wie, dlatego traktuje swój fascynujący głos tylko jedynie jako lustro, w którym odbijają się jasne i ciemne promienie, jedynie jako żagiel, który wydymają zmienne wiatry. I dlatego na albumie “Beyond Words” ani śladu taniego gwiazdorstwa, artystycznego nadymania się i puszenia, pozowania na wielki, elitarny jazz. Wręcz przeciwwnie, płyta spodobała się wszystkim, którym dałem ją do przesłuchania: i wytrawnym koneserom wyrafinowanych brzmień, bezwstydnym znajomym snobom od muzyki klasycznej i jazzu, i zwykłym zjadaczom chleba muzyki popularnej, tej z list przebojów, radia i telewizji. Nie sztuka bowiem naginać swoją twórczość do gustów odbiorców, sztuka spróbować gusta odbiorców, umiejętnie i prawie niewyczuwalnie, nagiąć ku sobie. Kiedy słuchałem późnym wieczorem płyty Bobby McFerrina, rozmyślając o jego talencie, który jakimś cudem nie wyklucza skromności i pokory, przypomniał mi się wiersz Adama Zagajewskiego “Moi mistrzowie”. Trudno chyba o lepszy komentarz do tego wyjątkowego albumu niż słowa: Moi mistrzowie nie są nieomylni(...)W miękkich płaszczach narzuconych pośpiesznie na sny, o świcie, gdy chłodny wiatr przesłuchuje ptaki, moi mistrzowie mówią szeptem. Słyszę jak drży ich głos. Maciej Woźniak *Za płyty i życzliwość dziękujemy stoisku muzycznemu ”Swing” w Domu Handlowym TSS na I piętrze.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze