Uroczyste otwarcie zabytkowego zboru ewangelicko-augsburskiego po pieczołowitym remoncie było głównym punktem obchodów sobotniego Święta Jana w Wiączeminie Polskim. Piękny kościół z czerwonej cegły jest pierwszym elementem nowo powstającego Skansenu Osadnictwa Nadwiślańskiego, nad którym pieczę sprawować będzie Muzeum Mazowieckie w Płocku.
Na Skansen Osadnictwa Nadwiślańskiego złożą się domy mieszkalne – olenderskie i polskie. Zarząd Województwa Mazowieckiego niedawno przyznał dotację w wysokości 200 tys. zł, na przygotowanie dokumentacji, dzięki której będzie można się starać o środki unijne. Całość prac szacowana jest na 7,5 mln zł.
Przyszedł wreszcie ten dzień, w którym otwieramy kościół, przez wiele lat pełniący ważną funkcję dla społeczności lokalnych różnych wyznań – mówił dyrektor Leonard Sobieraj. – Tematem osadnictwa olenderskiego zainteresował mnie etnograf Tadeusz Baraniuk, kiedy obejmowałem dyrekcję Muzeum Mazowieckiego. Kiedy zapytałem, co trzeba jeszcze zrobić dla tej ziemi, odpowiedział: sprawa olenderska. Pojechaliśmy na objazd, oglądaliśmy domy i cmentarz, zaczęliśmy organizować obozy naukowe. Studenci etnologii rozmawiali z ludźmi i penetrowali teren od Płocka do Kazunia Nowego. Wspólnie z dwójką młodych etnografów z naszego muzeum podjęliśmy decyzję, że będzie to jeden z kierunków rozwoju płockiego działu etnografii – opowiadał. Wkrótce dyrektorowi zamarzyło się utworzenie w Wiączeminie skansenu. Na początek od gminy ewangelickiej za ponad 200 tys. złotych Muzeum zakupiło działkę ze zborem. Dotację przyznał Urząd Marszałkowski. – To był 2013 rok. Na początku ratowaliśmy kościół. Wszędzie ciekło – wspomina dyrektor.
Na remont prawie 300 tys. zł dołożyła Lokalna Grupa Działania Fundacji Aktywni Razem. Po kilku miesiącach prac naprawiono dach, podłogę, chór. Zbór ewangelicki zyskał nowy blask i wystawę opowiadającą o olenderskich osadnikach. Jej autorką jest Magdalena Lica-Kaczan z działu etnografii Muzeum Mazowieckiego. Dwujęzyczna ekspozycja ma kilka zasadniczych tematów: cmentarze, budownictwo, świątynie, krajobraz kultury i gospodarki, powódź w 1924 roku, potomkowie. Sam zbór zbudowany przez Olendrów na wzniesieniu powstał w 1935 roku. Po zakończeniu II wojny światowej, gdy mówiących po niemiecku osadników wysiedlono, kościół użytkowali katolicy. W początkach lat 90. pobliskie wsie opustoszały. Wiernych przejęły parafie w Zycku i Troszynie. Zbór zaczął niszczeć. W 2004 roku Stowarzyszenie Ekologiczno-Kulturalne „Ziarno” z Grzybowa i Szkoła Podstawowa w Świniarach zorganizowały w Wiączeminie plener ekumeniczny. Jego uczestnicy m.in. uporządkowali kościół i cmentarz.
W odnowionym zborze odbyło się Nabożeństwo Słowa Bożego uświetnione przez występ Ekumenicznego Zespołu Wokalnego Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w Warszawie pod dyrekcją Pawła Hruszwickiego. O tym, w jaki sposób Olendrzy trafili na Mazowsze opowiedział licznym uczestnikom uroczystości etnograf i konserwator zbytków dr Jerzy Szłygin.
Olendrzy pochodzili z Fryzji i Flandrii. Ich napływ spowodowany był m.in. prześladowaniami religijnymi. Na Mazowsze trafili pod koniec XVIII wieku, ale już wcześniej w XVI wieku przybyszów, którzy doskonale radzili sobie na zalewowych terenach nadrzecznych osiedlono w okolicach Pasłęka (Prusy Książęce). W połowie XVII wieku wędrując wzdłuż Wisły dotarli aż do Warszawy, a potem do Kozienic. W Królestwie Polskim wyniszczonym wojnami napoleońskimi w 1816 roku pozwolono na osiedlanie się pożytecznym cudzoziemcom, który zakładając systemy rowów i grobli potrafili doprowadzić do kwitnącego stanu nawet najbardziej wydawałoby się nieużyteczne tereny. Ich pierwszym miejscem pobytu na Mazowszu była Saska Kępa. W sumie powstało ponad 190 osad holenderskich. Do dzisiaj, choć wiele z nich uległo przekształceniu i zurbanizowaniu, są prawdziwym fenomenem w mazowieckim krajobrazie. Drewnianych domów zachowało się bardzo mało. Spotkać można jeszcze wierzbowe płoty chroniące przed powodziami.
W połowie XVI wieku do granic Rzeczpospolitej przybywali ludzie, którzy nie mogli wyznawać swojej religii, swoich przekonań. Przynieśli nadzieję, wzbogacili nas o swoją kulturę, sposób gospodarowania. Osiedlali się także na Ziemi Płockiej. Przybywali, bo wiedzieli, że to jedyny kraj bez stosów. Wisła – ta groźna rzeka – potrafiła łączyć. W Wiączeminie jak w soczewce skupia się to, co jest wkładem polskim do cywilizacji świata – do tolerancji – mówił podczas otwarcia kościoła poseł Piotr Zgorzelski.
Na to, jak z powodów historycznych współżycie Olendrów i Polaków nie zawsze łatwo się układało, zwracał uwagę Peter Stratenwerth ze Stowarzyszenia „Ziarno”. – Dostali zadanie zagospodarowania ziemi, która była oporna. Potem musieli sobie odpowiedzieć na pytanie, jak mówił ostatni z osadników, którego odwiedziliśmy wraz z dyrektorem Muzeum Mazowieckiego w Niemczech, po której stronie być. Nie brali udziału w powstaniu styczniowym i od tego czasu byli bardziej „obcymi”. W czasie wojny niektórzy byli kolaborantami, ale są wśród nich bohaterowie, którzy walczyli wspólnie z polskimi partyzantami. To miejsce powinno o ich losach przypominać. Wkładając swój mały udział w ratowanie kościoła, chodziło nam o podkreślenie wątku wielokulturowości, że kiedyś różni ludzie żyli tu wspólnie, razem funkcjonowali. Ta piękna historia wielokulturowości uczy, jak trudno znaleźć się po właściwej stronie – powiedział Peter Stratenwerth. Ewa Smuk-Stratenwerth mówiła, że to miejsce ma służyć pojednaniu. Wszyscy podkreślali rolę mieszkańców i organizatorów Święta Jana, dzięki którym Wiączemin odżywa na nowo. Są wśród nich: nauczyciele i dyrekcja szkoły podstawowej w Świniarach, Stowarzyszenie „Ziarno”, parafie katolickie w Słubicach i Zycku Polskim oraz parafia Ewangelicko-Augsburska w Płocku.
Uroczyste otwarcie zabytkowego zboru ewangelicko-augsburskiego było głównym punktem tegorocznych obchodów sobotniego Święta Jana. Ale oprócz tego najmłodsi goście mogli wziąć udział w warsztatach artystycznych, a wszyscy mieszkańcy – zaśpiewać i zatańczyć razem z zespołem Grzybowianki. Wieczorem popłynęły tradycyjne wianki. Obchody Święta Jana poprowadził Sławomir Ambroziak. Nie krył radości gospodarz gminy Słubice.
– Lokalizacja skansenu osadnictwa nadwiślańskiego w naszej gminie to promocja jej walorów krajobrazowo-kulturowych i ciekawej historii – powiedział wójt Słubic, Krzysztof Dylicki. – Skansen będzie ściśle związany ze środowiskiem. Skorzystają na tym mieszkańcy gminy. Jest szansa, że przyciągną ich nowe propozycje uczestnictwa w kulturze, plenery, koncerty, które mogą się tutaj odbywać. Wiem, że chcą się włączyć także właściciele pałaców w Studzieńcu i Słubicach. Rozmawiamy z Muzeum o poprawieniu drogi gruntowej wiodącej do Wiączemina. Podjęliśmy już pewne działania, żeby ten 750-metrowy odcinek był przejezdny w każdej sytuacji pogodowej. Trudniejszą sprawą są drogi dojazdowe, ale będziemy o nie zabiegać z myślą o turystach i gościach – podsumował.
Lena Szatkowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze