Ten optymistyczny tytuł nie koresponduje niestety z ciągiem dalszym. Albowiem dziś będzie o emeryturach! Na początek garść danych statystycznych. Otóż za czterdzieści lat (ja już tego raczej nie sprawdzę) według prognozy Eurostatu liczba mieszkańców naszego dziś pięknego kraju będzie o pięć i pół miliona mniejsza od stanu dzisiejszego. Zmieni się też, co dla naszych rozważań ważniejsze, struktura wiekowa. Liczba pracujących spadnie o osiem milionów. Mniej o prawie dwa miliony będzie ludzi młodych, do osiemnastego roku życia. Wzrośnie za to o cztery i pół miliona liczba staruszków (czyli osób w wieku emerytalnym według dzisiejszych przepisów). Co to oznacza dla systemu emerytalnego? Dziś na jednego emeryta przypada trzech (z kawałkiem) pracujących, za czterdzieści lat będzie to niecałe półtora pracownika. Co wynika z tych danych? Albo składki muszą być dwukrotnie wyższe niż dziś, albo emerytury dwukrotnie skromniejsze. Matematyki nie da się oszukać. Czy pracujący dadzą radę? Owszem, jeśli wydajność ich pracy będzie dwukrotnie wyższa niż dziś. Pisałem już o tym, nie chcę się powtarzać…
Czy tak znaczący wzrost wydajności pracy jest możliwy? W ciągu czterdziestu lat? Oczywiście! Dziś do światowych liderów w tej konkurencji nie należymy. Na przykład firma Expert Monitor z Wielkiej Brytanii wyliczyła, że Polak wypracowuje w ciągu godziny produkt wart 5,08 funta (33 miejsce na świecie), podczas gdy Brytyjczyk 17,37 funta, Niemiec 23,3 funta, a najbardziej wydajny - mieszkaniec Luksemburga 51,8 funta. Jak oni to robią? To temat na inne opowiadanie. Tymczasem słyszymy, że aby uniknąć katastrofy systemu emerytalnego, trzeba pracować… dłużej! Oczywiście to też jest metoda. Za jednym zamachem poprawiamy dwa parametry: przybywa pracujących, ubywa emerytów! Pomija się wprawdzie jeden drobiazg… Jeśli przy obecnym systemie wyliczania świadczeń ludzie będą dłużej pracować, będą mieli wyższe emerytury (wzrośnie kwota zgromadzona na koncie emeryta, zmniejszy się przewidywana długość życia)! Ale ja nie o tym. Jest bowiem jeszcze jedna metoda, o której nikt nie mówi. Czas pracy można wydłużyć rozpoczynając ją wcześniej. Dziś panuje powszechnie zasada, że młody człowiek jest zdolny do pracy po ukończeniu osiemnastego roku życia. W konsekwencji system edukacji jest tak zorganizowany, by go do tego wieku przetrzymać w szkole. Właśnie, przetrzymać! Jakoś nie wierzę, że potrzeba aż dwunastu lat, by przygotować młodego człowieka do pracy w handlu, usługach, czy nawet w produkcji na stanowiskach kasjera, kelnera czy piekarza. Jasne, są w dzisiejszym świecie zawody, które wymagają bardzo wysokich kwalifikacji. Ale i te są do nabycia w czasie znacznie krótszym niż oferowany przez obecne systemy edukacji…
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze