O płockim klubie mówi się i pisze sporo. Z różnych powodów sprawy trafiają na pierwsze strony gazet sportowych, powtarzane są informacje w serwisach. I tu jest pewien problem.Nazwa klubu z założenia nie miała oznaczać nic konkretnego, ale była połączeniem dwóch wyrazów. Normalny wyraz, który można znaleźć w słowniku podlega regułom. Wiadomo, jak go odmieniać, jaką ma liczbę mnogą itd. W przypadku wyrazów nowo utworzonych, nic nie wiadomo i dlatego często wychodzą różne dziwne tworki. Nazwa ORLEN nie kojarzy się z niczym, przede wszystkim dla kibica. Kiedy klub nazywał się Wisła, wiadomo było, że pochodzi od nazwy rzeki, kiedy nazywał się Petro, wiadomo, że był to skrót od używanej przez lata całe nazwy Petrochemia. A od czego pochodzi ORLEN? Dla kibica jest to martwa, nic nie znacząca nazwa, do której długo się trzeba przyzwyczajać. Powoli jednak kibice się przyzwyczajają, do czego częściowo przyczynił się hymn klubowy, śpiewany przez Michała Milowicza. Kibice powoli śpiewają wspólnie refren. Przy okazji zmiany nazwy klubu, zmieniły się także barwy klubowe. Na punkcie kolorów w nowym logo szefowa PR firmy ma jakiś uraz. Nie pozwala na najmniejsze niedokładności. Pamiętam kiedy przed rokiem przywiezione zostały nowe koszulki w barwach zakładu, to cała partia została odesłana do wykonawcy. Zupełnie inaczej sprawa wygląda z nazwą firmy. O ile barwy są sprawą honoru, o tyle nazwą nikt się za bardzo nie przejmuje. Nikt nie zwraca uwagi na to jak się nazwę klubu pisze albo jak się mówi. Od początku nie wiemy, czy mamy się cieszyć z sukcesów ORLEN-u czy ORLEN-a, a może Orlenu lub Orlena. Nikt nie prostuje tego, co pojawia się w gazetach i wychodzi na to, że każda forma, byle była pisana z dużej litery, jest poprawna. Ponieważ nie wiadomo, jak faktycznie jest skojarzenia są różne. Najlepiej gdy w ramach radosnej twórczości ktoś się zagalopuje i o piłkarzach występujących na boisku w barwach klubu powie Orleańczycy lub Orleanie, bo i takie potworki słyszałam. Nazwa mi zgrzyta, nie pasuje. Jej autorowi bardzo odpowiada, bo powtarzał ją kilka razy. Ktoś może powiedzieć, że problem jest wydziwniony, wyszukany, bo wcale nie istnieje. Ale trzeba sobie zdawać sprawę, że jeśli nie wiadomo jak się mówi, to tworzy różnego rodzaju dziwolągi, do niczego nie podobne. A co będzie jeśli Orianie, albo Orleanianie wejdą do codziennego użytku. Dziś w taki dziwny sposób nazywa się piłkarzy, jutro może również pracowników. Można oczywiście iść dalej i wymyślić dla kobiet nazwę Orleanka, a dla dzieci trenujących w klubie – Orleaniąta. Zamiast płocczanie, do potocznego języka mogliby trafić na przykład Orleańczanie. Kilka dni temu rozdawane były nagrody Orłów. Ktoś z moich znajomych od razu stwierdził, że dają Orleny. Takich wariacji można wymyślać tysiące, wszystko może się mniej lub bardziej kojarzyć właśnie z ORLEN-em, a może Orlenem. Przed rokiem, kiedy wymyślono nazwę ORLEN fachowcy od reklamy dziwili się, ze lekką ręką firma pozbywa się nazwy CPN, na zawsze wpisanej w krajobraz Polski. Przecież większość Polaków nadal tankuje paliwo w CPN-ie, a nie na stacji benzynowej. Za ogromne pieniądze wprowadza się zupełnie nową nazwę, katuje widzów i słuchaczy reklamami, aby zaistniała w umysłach, a potem beztrosko pozwala na wszelkiego rodzaju wariacje. Czyżby nikomu nie zależało na tym, aby utrwaliła się ona poprawnie i jednakowo. Zwykle firmy dbają o swoje logo, nazwę i barwy. Przypuszczam, ze podobnie jest z płocką spółką. Być może poza sportem ten problem wcale nie istnieje, ale w sporcie jest i raczej nie zniknie. Najprostszym rozwiązaniem byłoby ogłosić wszem i wobec, że nazwy należy używać tylko w mianowniku i dużymi literami, albo ogłosić konkurs, kto wymyśli większego potworka. Póki co trwa radosna twórczość, która nikomu nie przeszkadza. Chyba nie na tym polega ochrona nazwy firmy. Jola Marciniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze