Z pewnością nie wszyscy wiedzą, że miłośnicy łowów na różnego rodzaju zwierzynę i ptactwo czyli koła łowieckie, nie tylko strzelają z upatrzonej wcześniej pozycji do upatrzonej wcześniej ofiary, ale także dbają o to, żeby było w ogóle do czego strzelać.Gdy idzie o piękne i atrakcyjne łowiecko bażanty, pomieszczenie, w którym się je hoduje, nazywane jest wojlernią (dla laika termin brzmi obco). Hodowlę do odstrzału odwiedziliśmy we wsi Szeligi koło Słupna, w gospodarstwie Jana Stańczaka. Wojlernia jest własnością Koła Łowieckiego św. Huberta, którego członkowie polują na terenie około 5 tys. ha lasów. Powstała rok temu, budowali ją wszyscy członkowie Koła, kosztowała prawie 9 tys. zł. Choć nazwa obiektu brzmi obco, to jednak wygląda on swojsko: do stodoły przylega wiata, teren ogrodzony jest stylonową, niemiecką siatką, która pokrywa stojące tu, wysokie na 4,5 metra drzewa. Na potrzeby ptaków powstały też kupki gałęzi, pod które w chwilach strachu kryje się ptactwo. Stoją koryta na karmę i poidła: - Najpierw, przez trzy tygodnie, żywiliśmy je dwa razy dziennie specjalnym granulatem. Potem przeszły na kukurydzę i pszenicę. Tak to lubią, że aż śpiewają na widok jedzenia. Nie lubią za to owsa, którego nie tkną nawet wtedy, gdy jest zmieszany z innym zbożem – o swoich doświadczeniach z hodowlą bażantów opowiada Jan Stańczak, który członkiem koła jest od 1978 r. Do wojlerni „doczepione” jest niewielkie ogrodzenie zwane łapanką, do którego spędza się ptaki przed ich wypuszczeniem na wolność. Tam też zdejmuje się z ich dziobów plastikowe kapturki, które przymocowane do otworów nosowych, zapobiegały wzajemnemu podziobaniu się ptaków: - Samce od kwietnia do czerwca są bardzo agresywne, często ze sobą walczą. Jedna jabłonka to aż się rozdarła, gdy usiadło na niej 30 kogutów – wspomina Stańczak. Ażeby nie wychowywać ptaków w cieplarnianych warunkach, cały czas, bez względu na mróz i śnieg, przebywały one w wolnej przestrzeni, bez możliwości skrycia się w budynku. Ale okazuje się, że ptaki lepiej znoszą chłody, za to latem, w upały, potrzebują bardzo dużo wody. Hodowla w Szeligach ma charakter pionierski. Gdy powstawała, myśliwi przywozili tu całe rodziny. Do czasu jej powstania Koło w. Huberta kupowało dorosłe ptaki. Pierwsze 420 sztuk młodych, ośmiotygodniowych bażantów trafiło tu 21 lipca zeszłego roku. Koło kupiło je od hodowcy z okolic Krośniewic, który hoduje ptaki z jajek. Jedna sztuka kosztowała 13 zł. Pierwszego okresu rozwoju nie przeżyło tylko 20 sztuk, które ze strachu rozbiły się o słupki ogrodzenia. W tej chwili w ogrodzeniu jest 25 ptaków: 17 samiec i 8 samców. Wszystkie czym prędzej uciekają na widok ludzi w ogrodzeniu, ale i tak można je rozróżnić po upierzeniu: te pierwsze mienią się brązem i jego pochodnymi, mają czarną główkę podkreśloną białym kołnierzykiem; te drugie mają upierzenie jasno-beżowe, dzięki czemu są mniej widoczne. Większość ptaków zostało wypuszczone w teren we wrześniu zeszłego roku, po czterech miesiącach chowu. Każda z pięciu grup funkcjonujących w Kole św. Huberta dostała po 75 sztuk. Trafiły na tereny Borowiczek, Rydzyna, Słupna, Białobrzegów, Niesłuchowa, Miszewa , Stanowa i Szelig, gdzie mają bardzo dobre warunki, bo tereny są tu pagórkowate i pełne krzaków, dlatego stanowią dobrą ostoją dla tych ptaków. Do dziś wypuszczone bażanty przychodzą pod ogrodzenie: - Te wcześniej wypuszczone przychodzą pod ogrodzenie i się zwołują. A kiedy przychodzi kogut z zewnątrz, to przez siatkę bije się z tym, co pozostaje w ogrodzeniu – mówi opiekun wojlerni. Nie pracuje w niej sam – wiernie od początku wspomaga go córka, Grażyna Pełka, która pokochała ptaki na równi z ojcem: - Żal było je wypuszczać – mówi. W lutym hodowlę odwiedziła delegacja z powiatu: - Kurki są z nami zaprzyjaźnione (zachowują się inaczej niż nieufne koguty), ale kiedy zobaczyły obcych, to zachowywały się tak, jakby chciały gości wyprosić – dodaje Grażyna Pełka. Tego rodzaju hodowla ma wiele atutów. Przeprowadzone doświadczenie pokazało, że bażanty z wojlerni mają o 30 % lepszą kondycję niż leśne. W przeciwieństwie do swoich braci i sióstr z pól i lasów nie są tak dzikie. Dzięki (czy przez?) hodowli Jan Stańczak już od trzech lat nie poluje na bażanty. W tej chwili wojlernia w Szeligach jest już pusta – ostatnie bażanty wypuszczone zostały pod koniec marca. Prawdopodobnie na przełomie czerwca i lipca w znajdującej się na terenie jego gospodarstwa wojlerni znajdzie się następne pokolenie bażantów: - To bardzo sympatyczne ptaki. A do tego pożyteczne: wyjadają owady i stonkę, przez co zresztą często giną, bo zjadają larwy z pól, które było właśnie pryskane na stonkę – ubolewa rolnik. (eg) Fot. D. Ossowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze