Nie wiem, czy za sukces należy uznać fakt, że jedna jedyna średnia szkoła płocka (Małachowianka) zmieściła się w ogonie ogólnopolskiego rankingu najlepszych szkół średnich, który co roku organizuje “Rzeczpospolita”, bowiem znalazła się dopiero na miejscu 337 na 343 szkoły sklasyfikowane na podstawie ilości laureatów i finalistów olimpiad przedmiotowych. Jeśli to jednak sukces, mąci go trochę fakt, że zostaliśmy wyprzedzeni przez szkoły z Szymanowa, Krzyżewa, Rudki, Nawojowej, Rzemienia (gdzie leżą niektóre z tych metropolii, bez dokładnego atlasu nie podpowiem). Wyrazistość sukcesu zaciera trochę i to, że wśród szkół województwa mazowieckiego szkoła płocka uplasowała się na miejscu 37, które pechowo okazało się miejscem ostatnim za szkołami z Warszawy, Gąbina, Zielonej i Przasnysza. Może to więc nie sukces, ale nie dosłyszałem, by ktokolwiek fakt ten komentował krytycznie albo dociekał publicznie przyczyn takiego stanu rzeczy, również w latach minionych, w których niekiedy może było lepiej, ale zawsze dosyć skromnie. I nie chodzi też o to, by cokolwiek wytknąć Małachowiance. Ciśnie się bowiem na usta pytanie, dlaczego w tym rankingu nie zmieściły się inne szkoły średnie, i to jakże różnorodne: państwowe, społeczne, prywatne, a mamy ich w mieście kilkanaście. Wypada może zapytać inaczej – czy mamy do czynienia z zapaścią w płockiej oświacie, i czy ktokolwiek w instytucjach do służenia społeczeństwu powołanych takie pytania sobie w ogóle w tym mieście stawia?
Nie jest to na szczęście jedyny ranking, więc może za wcześnie bić na alarm. Ale ponieważ w innych też nie byliśmy i nie jesteśmy tuzami, stąd może całkiem na miejscu byłoby wyrazić pewne wątpliwości. Może akurat zdarzył się niefortunny rok i tylko dlatego wysyp olimpijczyków okazał się niedostateczny. A może trzeba się zgodzić z opinią zwycięzcy rankingu, że “bez dostępu wszystkich uczniów do właściwej dydaktyki sukcesów olimpijskich po prostu być nie może”. Co to jest “właściwa dydaktyka”, pozostawiam do rozstrzygnięcia fachowcom, doradcom metodycznym i pracownikom Delegatury oraz Oddziału Oświaty w Urzędzie Miasta, a może i radnym refleksja na ten temat w kontekście prac nad tegorocznym budżetem jeszcze zdążyłaby się przydać. Skromniutko tylko zapytam, czy zespoły uczniów liczące po 35 osób mieszczą się jeszcze w sferze właściwej dydaktyki czy już nie?
Przewodniczący Kapituły Rankingu, rektor AGH, prof. Marek Rocki przyznał słusznie, że sukcesy olimpijskie uczniów, a nie są one bagatelne, bo stanowią przepustkę na studia bez egzaminów, są efektem szczególnego zaangażowania nauczycieli pasjonatów. Nie sądzę, aby takich w Płocku brakowało. Myślę tylko, że stopień owej nauczycielskiej pasji z roku na rok przez niezbadane wyroki, niekoniecznie będące dziełem Opatrzności, w naszym kochanym mieście coraz bardziej się obniża. I nie zaryzykuję zbytnio twierdząc, że w stopniu znaczącym przyczynia się do tego polityka nie tylko centralnych, ale i lokalnych władz. Ciosem, który uderzył w nauczycieli właśnie szkół średnich jest stosowana od paru lat polityka tzw. “uśrednienia” wynagrodzeń, polegająca na tym, że przepracowane przez znaczną część roku godziny ponadliczbowe zaliczane są na poczet brakujących do etatu godzin w maju i czerwcu, kiedy w szkołach nie ma już klas maturalnych. Jest to postępowanie jak zwykle ponoć zgodne z prawem, choć niekoniecznie z rozumem, podcinające jednak mocno skrzydła wielu nauczycielom, którzy skłonni byliby zaangażować się w pracę dydaktyczną w stopniu dalece wykraczającym poza aktualne możliwości. Ktoś jednak uznał w szacownym magistracie, że byłby to pewnie dla naszej młodzieży nazbyt duży zbytek łaski. Wprowadzenie jawnie niesprawiedliwej procedury usprawiedliwiano wyższą koniecznością dostosowania się do zarządzeń centralnych.
Tymczasem czytam sobie oto całkiem niedawno na łamach “Przeglądu Prawnego”, że podobne rozwiązania są stosowane w skali kraju niezmiernie rzadko, na domiar brakuje aktualnych w tej kwestii przepisów wykonawczych. Komuś (stało się to za kadencji poprzedniego eseldowskiego Zarządu Miasta) jednak pospieszyło się bardzo do podniesienia płockiej oświaty przez “uśrednienie” płockich nauczycieli. Metoda godna peerelowskich aparatczyków, dla których ludzka praca nie przedstawiała żadnej wartości. Z prezydenturą reprezentanta Prawa i Sprawiedliwości i ze składem obecnej Rady Miasta można było wiązać pewne nadzieje na zmianę tego niesprawiedliwego stanu rzeczy. Dziś czuję jednak, że są to chyba nadzieje daremne.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze