Pani Maria napisała do redakcji list. „Jestem płocczanką, urodziłam się w 1935 roku na Rybakach. Przeżyłam dużo złego, mój tata zginął w obozie, mama sama wychowywała czwórkę dzieci. Ja byłam najstarsza. Dziś jestem chora i stara, ale myślę, że od życia też mi się coś należy”. List pani Marii jest tyle piękny, co i gorzki. Opisuje czasy wojny i powojenne problemy rodziny za czasów Stalina, Gierka, kolejki do sklepów, kartki. „Całe życie, do chwili ukończenia 70 lat pracowałam fizycznie. Dziś utrzymuję się z renty po zmarłym mężu, choruję, wydaję bardzo dużo pieniędzy na lekarstwa. Ale nie o sobie chcę pisać, lecz o moim kochanym mieście – Płocku”. Pani Maria pamięta Płock powojenny, lata budowy Petrochemii, rozwoju miasta i te szczególne miejsca, które wyznaczały trasy spacerów po mieście. – Bo trzeba było odwiedzić sklep „Zgody” nr 1, Mleczarenkę przy Kolegialnej, aptekę po Bentleyu, też na Kolegialnej, nie wspominając Zakładów Mięsnych. Do Mleczarenki chodziłam przez całą okupację. Pracowała tam pani Andzia, która kochała swoją pracę i klientów. Od dawna ten sklepik nie istnieje – zapewnia. Teraz pani Maria mieszka na osiedlu Miodowa i nie może się nadziwić, że mimo upływu lat, jej osiedle wcale się nie zmieniło i jest coraz bardziej nieprzyjazne. – Nie ma tu żadnej kawiarenki, baru, żadnej świetlicy. Nie ma gdzie kawy się napić, ani spotkać z przyjaciółmi. Nie ma nawet ławek na osiedlu. Można przejść całą Słodową, Kredytową, Skłodowską i nie ma gdzie przysiąść, by odpocząć. Jol.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze