Niedzielny koncert Stanisława Soyki i jego Trio w sali koncertowej płockiego POKiS-u był znakomitym przykładem tego, jak bardzo mogą zmienić się i zyskać stare, osłuchane utwory w rękach i instrumentach młodych wykonawców, którym stary mistrz pozwoli poszaleć. Dawno już nie widziałem tak szczelnie nabitej sali w Płockim Ośrodku Kultury i Sztuki, wieczorem 3 grudnia. Dla ostatnich osób trzeba było dostawić maleńkie dziecięce stołeczki, bo na stojących w ciasnych rzędach krzesłach, nie było miejsca. Już pierwsze dźwięki ustaliły charakter koncertu, wypełnionego utworami opartymi na charakterystycznym brzmieniu fortepianu Soyki, manierze wokalisty (wzorowanej na czarnych śpiewakach bluesowych) i grającym z coraz większą swobodą, polotem i poczuciem humoru Trio w składzie: Loco Richter – gitara basowa, Arkadiusz Skolik – perkusja oraz Zbigniew „Uhuru” Brysiak – instrumenty perkusyjne, a także trąbka. Występ rozpoczął się od długich, rozbudowanych utworów w klimacie muzycznych medytacji. Ale publiczność rozgrzały dopiero zagrane po nich przeboje, takie jak „Play It Again” czy „Cud niepamięci”. Jednak nawet te najbardziej melodyjne i chwytliwe kompozycje grupa młodych muzyków towarzyszących wokaliście, opatrywała bogatymi i z czasem coraz śmielej rozwijanymi improwizacjami, aż do prawdziwie free-jazzowych odjazdów. Instrumentaliści wykazywali się przy tym bezbłędnym wyczuciem melodii i nastroju, przez co liryczne perełki w rodzaju „Allegro ma non troppo” (do wiersza Wisławy Szymborskiej), „Koniugacji” (piękny wiersz Haliny Poświatowskiej oprawiony we wspaniałą melodię przez Andrzeja Kurylewicza) czy kilku z sonetów Szekspira (kunsztownie opracowanych przez samego Soykę) mogły wzbudzić naprawdę głębokie wzruszenie. Mnie zaś najbardziej zapadł w pamięć refren z piosenki autorstwa Andrzeja Poniedzielskiego i Jana Hnatowicza: „Małą część naszych przejść, tego, co się nam zdarzyło, inni ludzie wzięliby za miłość”, powtarzany kilkakrotnie i tak sugestywnie, że nie odczepił się ode mnie już przez cały wieczór. A przecież po drodze były jeszcze bisy z Szekspirem i Leśmianem, krótko mówiąc, oprócz doskonałej muzyki, także niezły kawał solidnej literatury. Obserwowałem uważnie wychodzącą po koncercie publiczność. Na zarumienionych twarzach nie było śladu zmęczenia czy znudzenia. Gdyby mogli, zmusiliby Stanisława Soykę i jego znakomite Trio do bisowania aż do rana. (mak) Fot. DarO
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze