W słoneczną sobotę 11 czerwca 2005 roku podczas meczu na boisku płockiej „Stanisławówki” w ataku był Karol Dmochowski (rzecznik płockiej Policji), w obronie Andrzej Nowakowski (polonista z „Jagiellonki”, radny miejski). Mecz rozpoczął salezjanin ks Henryk Boguszewski. W tym miejscu i w tym czasie spotkali się nie przypadkiem. Przed laty Dmochowski i Nowakowski też grali w tej samej drużynie, tyle, że ministranckiej. Ich opiekunem był ks. Boguszewski. Po 17 latach, przyjechał do Płocka obecnie z Moskwy, na pierwszy zjazd byłych ministrantów. Przed laty zebrał ich na „Stanisławówce” około 300.
Nigdy wcześniej ani nigdy później tak wielu ministrantów w tej parafii już nie udało się zgromadzić. To był swoisty fenomen. Ksiądz Boguszewski pracował w płockiej parafii św. Stanisława Kostki w latach 1982-1988. Liturgiczna służba ołtarza (bo tak fachowo nazywa się ministrantów), dzięki opiekunowi, działała sprawnie. Była dobrą służbą tak pod względem ilościowym, jak i jakościowym. A to dzięki osobowości salezjanina: – Był człowiekiem otwartym na nowych ministrantów i zainteresowany „starymi”, dla wszystkich wzorem – mówi o ks. Henryku Boguszewskim płocczanin ks. Robert Bednarski, współorganizator spotkania.
Mariusz Kuciński, sędzia meczu, był ministrantem u ks. Henryka 8 lat. Przyznaje, że obecnie przy ołtarzu pojawia się sporadycznie, ale może ministrantem zostanie jego syn? Kto wie?
Piłkarz
czy ministrant?
Sam ksiądz Boguszewski w dzieciństwie ministrantem zostać nie zamierzał. Skusiła go jednak piłka nożna: – W Słupsku, gdzie mieszkałem, odprowadzałem na dyżury moich dwóch młodszych braci. Po mszy ministranci grali w piłkę nożną, ja nie mogłem, bo nim nie byłem. Kiedyś mnie zapytano, czy umiem grać. Umiałem, ale wstydziłem się zostać ministrantem w szóstej klasie szkoły podstawowej. Jednak następnego dnia o czwartej byłem już na zbiórce ministranckiej. I tak przez piłkę nożną trafiłem do ołtarza – opowiada salezjanin. Dziś ma za sobą 32 lata kapłaństwa. Po święceniach w Szczecinie trafił do Lublina na KUL, potem był Olsztyn i Płock. – Nasz opiekun uczył nas odpowiedzialności, ale kochał nas jak ojciec – przyznaje Janusz Kwasiborski – 26 lat ministrantury. Nauka była prosta i konsekwentna. Do tej pory zachowały się notatki ks. Boguszewskiego z tamtego okresu: skrupulatnie wyliczone procenty, kto i kiedy nie przyszedł na zbiórkę, kto chory, kto został zawieszony z powodu złych ocen. Ks. Henryk był w tym wtedy, bez komputera, lepszy niż urząd statystyczny. Skrupulatnie rozliczał podopiecznych z obecności na obowiązkowej zbiórce ministranckiej. Ponadto: – Notowałem średnią ocen na półrocze. Jeśli były dwójki (czyli dzisiejsze jedynki) ministrant był zawieszony do czasu poprawienia ocen w szkole. Musiał być taki, żeby inni patrząc na niego widzieli wzór – przekonuje ksiądz Henryk Boguszewski. Z okazji świąt ogłaszał amnestię: do służby mógł wrócić każdy, kto był zawieszony lub wyrzucony.
Nysą
do Czerwińska
Ksiądz Boguszewski umiał dzielić ministrancki czas na pracę i wypoczynek. Zrzucał sutannę i otwierał samochód: – Organizował wiele wyjazdów, często spontanicznych. Bywało tak, że przyszło się do kościoła, a ksiądz ogłaszał, że dziś jedziemy do Czerwińska. Pożyczał nyskę, pakował w nią dziesięciu czy dwunastu ministrantów i ruszaliśmy – wspomina ks. R. Bednarski.
Ministranci mieli podróż, a ksiądz Henryk towarzystwo: – Podczas pracy w „Stanisławówce” byłem ekonomem, budowałem obecny kościół i plebanię. Dzięki temu, że na przykład jadąc po coś do Warszawy zabierałem ze sobą chłopców, oni mieli podróż, a ja towarzystwo – przyznaje z zadowoleniem ks. Boguszewski. Organizował też bezpłatne kolonie, nad morzem albo na Mazurach.
Ks. Andrzej Kurto, organizator zjazdu, o byłych ministrantach mówi, że to old-boye. Sam kilkanaście lat temu trafił na „Stanisławówkę” jako kleryk salezjański: – To był dla mnie najpiękniejszy rok. Gdy po latach tu wróciłem, spotykałem chłopaków, z którymi wtedy się zaprzyjaźniłem i pomyśleliśmy, że dobrze byłoby spotkać się ze swoim wychowawcą – dobrym, ale wymagającym ojcem, człowiekiem z sercem. Tak też się stało.
Grzegorz Dziwota, ministrant od I komunii świętej, czyli od roku 1987, dziwnie się czuje, gdy jest w kościele, ale nie służy przy ołtarzu: – Ks. Heniu był surowym mistrzem, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Mówił, że nie wystarczy być dobrym ministrantem, ale trzeba być dobrym synem w domu i dobrym uczniem w szkole, być dobrym człowiekiem na różnych płaszczyznach.
Ministranci naukę mistrza brali sobie do serca, ale czasami budziła się w nich chęć „zrobienia numeru”. Kiedyś na przykład pospinali agrafkami komże kolegów siedzących przed nimi: – Musiałem zareagować! – po latach ze śmiechem wspomina ks. Henryk.
Wybór: Wschód
Po Płocku ks. Boguszewski dwa lata był proboszczem w Czerwińsku, organizował pielgrzymki do Wilna: – Kiedyś byłem na mszy w małej wiosce pod Wilnem, popatrzyłem na pracę tamtejszych księży, pomyślałem, że jeśli ja jeden wyjadę z Polski, to nawet nie zauważą, a jeden ksiądz tam w tamtych czasach był na wagę złota. W 1990 roku trafiłem do miejscowości Boruny na Białorusi. Ludzie myśleli, że odjadę jak wielu moich poprzedników. Dopiero jak zobaczyli, że czyszczę rynny na dachu kościoła, zrozumieli, że zostanę. Potem wyszykowali mi sami plebanię. Spędziłem w Borunach siedem trudnych, ale pięknych lat – wspomina ks. Boguszewski.
Potem przez trzy lata był w Petersburgu dyrektorem salezjańskiego domu formacyjnego dla kleryków (w tzw. kręgu wschodnim – Gruzji, Ukrainie, Białorusi, Litwie i Federacji Rosyjskiej – łącznie pracuje 120 salezjanów). Od pięciu lat jest w Moskwie inspektorem (w zakonie salezjańskim to jak formalna funkcja biskupa). Od kiedy w Rosji nasiliły się ataki na Kościół katolicki, na ulicy zawsze pojawia się w sutannie. Nigdy nie spotkała go żadna przykrość, wręcz przeciwnie, nawet prawosławni i urzędnicy odnoszą się do księdza katolickiego z respektem i szacunkiem, a ludzie na ulicy proszą o błogosławieństwo. Wschodu ks. Henryk zostawić nie chce, bo ewangelizacja jest tam bardzo potrzebna: – Do Polski wrócę może na emeryturę, ale u salezjan emerytur nie ma! – śmieje się mistrz ministrantów.
Dwa czerwcowe dni spędzili w Płocku jego byli podopieczni m. in z Warszawy, Szczecinka, Łodzi. Była wspólna liturgia i festyn, od lipca mają być co niedzielne msze z byłymi ministrantami. Mówią, że starają się żyć według przekazywanych wtedy ideałów: że trzeba być uczciwym, nie kłamać, nie krzywdzić innych: – Podczas tego zjazdu chcieliśmy pokazać młodym ministrantom, że ktoś był przed nimi, że mają się do kogo odwołać – ks. Andrzej Kurto. Od czasów księdza Boguszewskiego do tej pory do mszy w „Stanisławówce” służą na przykład Krzysztof Wojciechowski czy Jerzy Widzyk. Czasami wspólnie z synami.
Elżbieta Grzybowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze