Recept i sposobów na długowieczność jest wiele. Na ile skuteczne? – No cóż, każdy musi to sprawdzić indywidualnie. W moim przypadku zdecydowało chyba ciężkie życie, dość surowa dieta z jarmużem i chlapokami w roli głównej. Właściwie bez mięsa. Z pewnością swój udział miał wrodzony, życiowy optymizm i mimo trudności radość z życia. A poza tym w biedzie żyje się dłużej niż w dobrobycie – mówiła szacowna jubilatka Aleksandra Redlińska z Brwilna Dolnego, która świętowała sto czwarte urodziny. W uroczystym i wyjątkowym spotkaniu uczestniczyli mieszkańcy gminy Duninów, przedstawiciele władz gminnych. Życzenia, gratulacje i ogromne bukiety kwiatów przekazali pani Aleksandrze dzieci i młodzież szkolna oraz sąsiedzi. – Chyba nie ma takiej osoby w naszej miejscowości, która nie zna pani Oli. Tak ciepło o niej wszyscy mówimy. I każdy chce życzyć jej wszystkiego najlepszego. Wszyscy ją tu znają jako miłą, serdeczną osobę, która zawsze dla każdego ma uśmiech. Nigdy nie brakowało jej otwartości i czasu na to, by porozmawiać. O wszystkim, pracy, codziennym dniu i życiu – mówili mieszkańcy Brwilna. Taką sympatią panią Aleksandrę obdarzają już kolejne pokolenia mieszkańców. Jak żartobliwie mówi sama jubilatka, ponad wiek na to pracowała. Ale było warto, bo najbardziej w czasie wolnym od pracy lubiła rozmawiać z ludźmi. – Babcia w całej okolicy znana była ze swej gościnności i zawsze suto zastawionego stołu. Nikt nigdy nie mógł wyjść od niej głodny, lubiła towarzystwo. I tak pozostało do dnia dzisiejszego. Dziś też nasza kochana jubilatka była niepocieszona, że wszyscy tak szybko wychodzą z urodzinowego przyjęcia – mówiła Halina Szwaj, przybrana wnuczka jubilatki. Urodzinowe spotkanie upłynęło w atmosferze życzeń i wspomnień. W obydwu przypadkach na twarzy pani Aleksandry pojawiał się ten jej znany, ciepły uśmiech. Ale jakby bardziej promienny był w chwili powrotu do lat dzieciństwa. Mimo, że życie nie rozpieszczało jubilatki. - W wieku dziesięciu lat osierociła mnie mama. Ojciec pozostał sam z dziesiątką dzieci na wychowaniu. Trzeba było szybko dorastać, brać się za pracę i pomagać. Ja akurat chodziłam do pracy w lesie przy flancowaniu i sadzeniu drzew. Nie było czasu na naukę. Do szkoły mogłam chodzić tylko przez rok. Jak chciałam coś więcej wiedzieć, musiałam sama uczyć się czytać i pisać – mówiła Aleksandra Redlińska. Jak to z bażantem było..? Wojenne zawieruchy, ciężka praca na folwarkach znaczyły kolejne lata w życiu dorastającej dziewczyny. Każdy dzień od rana do wieczora wypełniony był wieloma obowiązkami. – Ale los i dobre anioły czuwały nade mną. Nie brakowało dobrych zdarzeń – wspominała Aleksandra Redlińska. Szczególnie jedno z nich mocno zapisało się w pamięci. Związane było ze znalezieniem na polu samicy bażanta. Wówczas baron Ice Duninowski, właściciel dóbr Nowy Duninów, posiadał wielką bażanciarnię. Pani Aleksandra odniosła zgubę i oddała do samego barona. Ten nagrodził ją tak dużą sumą pieniędzy, że wystarczyło na zakup garnituru oraz butów dla taty i materiału na suknię dla pani Aleksandry. Z ogromnym rozczuleniem Aleksandra Redlińska wspomina także chwilę swojego ślubu z Marcelim Redlińskim. Szczęśliwe małżeństwo trwało przez blisko trzydzieści lat. Ale początki nie były łatwe. Do rodzinnej historii przeszły już opowieści jak pani Aleksandra uciekała sprzed ołtarza. – Wszystko jednak dobrze skończyło się dzięki kościelnemu, który w porę zdążył zamknąć drzwi i ślub się odbył. Przez wiele lat, ze śmiechem, powtarzano jeszcze we wsi, że gdyby pani Redlińska chciała rozwodu, to mogła go otrzymać bez problemu. Dlaczego? Bo przecież do ślubu została zmuszona – mówiła Halina Szwaj. Dziś także ze śmiechem wszyscy wspominają pobyt pani Aleksandry w więzieniu przy Sienkiewicza. Trafiła tam za zbiór grzybów. – I w pace przesiedziałam trzy dni – mówiła Aleksandra Redlińska. W czasie naszego spotkania z jubilatką, przy urodzinowym torcie przewinęły się wspomnienia dotyczące jej zamiłowania do tańca. Najbardziej lubiła pracować, ale i bawić się. – Mogłam tańczyć na przysłowiowej jednej desce. Na zabawach musiałam chować się przed chłopcami, bo już czasami nie miałam siły tańczyć, a oni mnie prosili – powiedziała Aleksandra Redlińska. Przyznaje, że taniec miała we krwi. Jeszcze tańczyła na przyjęciu urodzinowym z okazji setnych urodzin i kilka lat temu na weselu u prawnuczki. Dziś najchętniej czas wolny spędza na spacerach w przydomowym ogrodzie. Popołudniami można Oleńkę, jak o niej mówi praprawnuczka Zuzia, spotkać przy herbatce, przegryzającą ulubione delicje. rad
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze