Reklama

Spełnione marzenie

19/04/2001 12:07
Anna Lewandowska ma 21 lat, jest rodowitą płocczanką, absolwentką płockiej „Jagiellonki”. W Państwowym Zespole Ludowym Pieśni i Tańca „Mazowsze” śpiewa i tańczy od trzech lat. Równolegle rozpoczęła zaoczne studia ekonomiczne na Politechnice Warszawskiej w Płocku.Z dziewczyną z „Maszowsza” rozmawia Elżbieta Grzybowska. Dlaczego zdecydowała się pani wziąć udział w eliminacjach do Zespołu „Mazowsza”? - Trzynaście lat tańczyłam i śpiewałam w Harcerskim Zespole Pieśni i Tańca „Dzieci Płocka”, a „Mazowsze” jest kontynuacją moich marzeń z dzieciństwa. O tym, żeby być w dużym zespole, marzyłam odwiecznie. Najpierw występowałam w przedszkolu, potem były wspomniane „Dzieci Płocka”. Kiedy zrobiłam maturę, zadałam sobie pytanie, co dalej? W liceum kończyłam profil matematyczno-fizyczny, bo bardzo lubię przedmioty ścisłe, natomiast „Mazowsze” to moja druga pasja. Nastąpił taki splot wydarzeń, dzięki któremu udało mi się połączyć te dwa rodzaje moich zainteresowań. Gdy byłam w trzeciej klasie liceum, 13 kwietnia 1998 r. pojechałam do Karolina. Zadecydował o tym przypadek – w programie WOT usłyszałam informację o naborze do „Mazowsza”. Chciałam tylko zobaczyć, jak to wygląda. Nie sądziłam, że będę zdawać, bo wiedziałam, że nowych członków przyjmują dopiero po ukończeniu 18 lat, a ja wtedy miałam 17. Na miejscu postanowiłam, że chyba jednak podejmę ryzyko. Jak przebiegał egzamin, czy konkurencja była duża? - Wszyscy zostali zwołani na wielką salę baletową. Najpierw tańczyliśmy, potem był śpiew. Zaproponowano mi wykonanie „Bandoski” (piosenkę wiejskich dziewczyn, które śpiewają o swej ciężkiej pracy). Pamiętam, że to był dla mnie olbrzymi stres, dookoła siedziała cała komisja m.in. choreograf i pedagodzy od baletu i śpiewu, członkowie „Mazowsza” oraz grono młodych ludzi uczestniczących w eliminacjach. Miałam wrażenie, że czekają, kiedy się potknę, zafałszuję albo źle zatańczę. Indywidualnie zatańczyłam poloneza i krakowiaka. Zdawałam do chóru, nie miałam aż takich ambicji, żeby zdawać do baletu, bo przyjmowano osoby po szkołach baletowych. Dziś uważam, że dobrze zrobiłam. Jestem śpiewaczką, ale mam obowiązek tańca. Najczęściej jest tak, że na 80-90 osób uczestniczących w eliminacjach, do zespołu przechodzi 7, a po okresie próbnym zostają 2. Czasami ludzie odpadają, bo nie wytrzymują psychicznego napięcia i fizycznego wysiłku, do czego nie są przyzwyczajeni. Czy jest coś, co panią zaskoczyło, po pierwszych dniach pobytu w „Mazowszu”? - Na pewno sceniczne makijaże. Musiałam się nauczyć na przykład kleić sztuczne rzęsy (co było dla mnie olbrzymim zaskoczeniem) i malować usta na czerwono (bardzo nie lubię tego koloru na ustach). Kiedy pierwszy raz zobaczyłam się w makijażu, w telewizji, byłam zaszokowana. Nie mogłam się przyzwyczaić do tego przejścia z naturalności do maski z makijażu. Jak wygląda codzienny dzień pracy w Zespole, przygotowania do koncertów? - W Karolinie pracuję pięć dni w tygodni, do Płocka przyjeżdżam na weekendy, żeby zregenerować siły na przyszły tydzień i na studia. Ćwiczymy codziennie, od poniedziałku do piątku, od godziny 10.00 do 16.00 Najczęściej rano ćwiczy się techniki baletowe, a chór ma śpiew. Około 13.00 spotykamy się razem, razem wykonujemy całe układy choreograficzne. Gdy ktoś zachoruje i musi dojść nowa osoba, wtedy, zanim ona dostosuje się choreograficznie do grupy, bywa trudno. Jeśli jakiś układ nie jest dopracowany, po prostu nie trafia na scenę, ponieważ choreograf Witold Zapała jest perfekcjonistą. Długie próby z krótkimi przerwami bywają jednak bardzo męczące. To, co się dzieje na sali, wymaga nie tylko wkładu fizycznego, ale i psychicznego. Na pewno niełatwo jest pogodzić obowiązki na uczelni i w Zespole. - Bywa to męczące. Zdarzały się takie sytuacje, że po koncercie wracaliśmy do Karolina po godz. 24.00. Wsiadałam w samochód, w Płocku byłam około 2.00. Spałam kilka godzin, rano, o 8.00 szłam na egzamin, po wyjściu z sali zaraz wracałam do Karolina, żeby zdążyć dojechać na drugi koncert. Wiem, że muszę ciężko pracować, by dojść do poziomu Zespołu, a dopiero później przyjdą sukcesy. Mogę powiedzieć, że kocham to, co robię. Czy w Zespole istnieje coś takiego jak mit Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej? - Przyszłam do „Mazowsza” już po śmierci pani Miry, ale to prawda, że ona jest jakby cały czas obecna w Zespole. Starsi „mazowszacy” cały czas opowiadają, jak to było za pani Miry. To w pewnym sensie sugeruje, że warto dalej kontynuować jej dzieło. W „Mazowszu” są jeszcze osoby, które pamiętają Tadeusza Sygietyńskiego, na przykład Stanisław Jopek. Mieczysław Piwkowski z kapeli, człowiek-orkiestra, nawet radzi, jak mamy śpiewać, żeby nie denerwować Pani Miry. Dobrze, że są osoby, które podtrzymują wypracowany przez nią artyzm. Ona nadawała wszystkim piosenkom odpowiednią interpretację. Przez to mają piękny, niepowtarzalny wyraz. Jak odebrała pani lutowy koncertu w Płocku, w szkole nr 23, z okazji 100-lecia urodzin Pani Miry? - Łączył się dla mnie z olbrzymią tremą, ponieważ występowałam przed własną publicznością. Gdy wiem, że rodzina patrzy tylko na mnie, to bardziej stresuje. Na szczęście koncert okazał się udany i bardzo mile go wspominam. Rzadko kiedy zdarza się tak miłe przyjęcie, jakie spotkało nas w Płocku. Z „Mazowszem” właściwie przejechałam już całą Polskę wzdłuż i wszerz, występujemy w dużych miastach i małych wsiach, kilka razy w miesiącu, najczęściej w soboty i niedziele. Wszędzie publiczność przyjmuje nas ciepło i serdecznie. Za granicą występowałam w Holandii, Niemczech i Rzymie, podczas jubileuszowej pielgrzymki. Podczas jednego, dwu i półgodzinnego koncertu przebieramy się około ośmiu razy. Jest bardzo mało czasu, pomagają koleżanki z Zespołu, bo samemu nie da się rady. Kiedy koncert się kończy, pot spływa z nas strużkami. Czy w tej chwili czuje się już pani jak prawdziwa „mazowszanka”? - Jesteśmy jak stuosobowa rodzina, mamy dni lepsze i gorsze, ale myślę, że to jest jednak wspaniała rodzina. Można iść do każdego, wyżalić się i opowiedzieć o swych problemach, zawiązują się przyjaźnie. Jest dużo małżeństw i są małe „mazowszaki”, które biegają w czasie zajęć po sali. To jeszcze podkreśla rodzinną atmosferę. Wspólnie obchodzimy urodziny, imieniny i „pępkowe”, gdy urodzi się nowe dziecko. W „Mazowszu” można być do 40 roku życia, a potem przejść na wcześniejszą emeryturę. Dalsze plany? - Chcę występować w „Mazowszu” jak najlepiej i jak najdłużej. Jestem tu szczęśliwa. Będziemy trzymać kciuki. Dziękuję za rozmowę. Fot. D. Ossowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości