Reklama

Spadnie? Nie spadnie?

12/06/2014 03:00
Jedni mieszkańcy Płocka obawiają się awarii w Orlenie, inni wybuchu cysterny w pociągu towarowym, gdy akurat będzie przejeżdżał przez Międzytorze. Z kolei niektórzy mieszkańcy Kostrogaju graniczącego z lotniskiem Aeroklubu Ziemi Mazowieckiej boją się, że samolot spadnie im na dom. – Raz samolot ledwo doleciał do lotniska, bo zerwało się śmigło i to tuż nad domem sąsiadów – alarmuje nasza czytelniczka.
Obecnie ruch na lotnisku jest dość spory, bo sezon w pełni. – Mieszkam w bliskim sąsiedztwie lotniska i ze zgrozą patrzę, jak maszyna z okresu drugiej wojny światowej wykonuje skomplikowane ewolucje nad zabudowaniami. Przecież nieraz się słyszy, że samolot spada na budynek mieszkalny. Najwyraźniej widać, że władze klubu żyją złudzeniami, że to się tu nie wydarzy! Zastanawiam się, kto bierze odpowiedzialność za ewentualną awarię jakiegokolwiek samolotu, nie mówiąc o tych najstarszych maszynach – pyta nasza czytelniczka.
Narzeka też na hałas. Najgorzej jest w ciepłe, słoneczne dni i to już od godziny 8.00. – Tu jest nie do wytrzymania. Człowiek jest sfrustrowany, bo w uszach ma cały czas tylko wycie samolotu. A najbardziej upodobano sobie niedzielę, gdzie robione są tylko krótkie przerwy i samolot przez cały dzień jest w powietrzu – opowiada kobieta. Martwi się o swoje dziecko cierpiące na padaczkę, a także o osoby starsze, które w jesieni życia nie mogą liczyć na relaks na świeżym powietrzu. Ze swoim problemem zgłosiła się w pierwszej kolejności do naszej redakcji. Z członkami Aeroklubu nie rozmawiała.

Jest lotnisko, są samoloty

To oczywiste, że jak jest lotnisko, to będą samoloty. – Ludzie, którzy mieszkają w naszym sąsiedztwie od lat, temat dobrze znają. Wiedzą, że samoloty Aeroklubu latają od wiosny do jesieni, od wschodu do zachodu słońca. Ruch jest różny. Wiele zależy od pogody – mówi Jan Chrobociński, dyrektor Aeroklubu Ziemi Mazowieckiej. Jego zdaniem narzekają głównie ci, którzy niedawno osiedlili się pod Płockiem. Prawdopodobnie nie spodziewali się, co ich czeka. Ale przecież lotnisko jest w Płocku nie od wczoraj.
– Wystartować musimy i wylądować też musimy, ale unikamy latania nad miastem. Nie ma zresztą takiej potrzeby. Latamy głównie nad jarem, nad Wisłą i po północnej stronie lotniska, i to z zachowaniem wysokości. Pilnujemy się, by akrobacje wykonywać nad płytą lotniska. Patrząc pod kątem sąsiadom może się wydawać, że latamy im nad głową, ale to nieprawda. Wszystko robimy zgodnie z literą prawa – mówią w Aeroklubie Ziemi Mazowieckiej, organizacji certyfikowanej przez Urząd Lotnictwa Cywilnego do przeprowadzenia szkoleń oraz działań lotniczych i powietrznych i naziemnych. Cztery razy w roku na płockim lotnisku przeprowadzane są audyty techniczne i powietrzne. Ostatnią kontrolę techniczną Aeroklub przeszedł 19 marca.

Nikt nie wiąże samolotów na sznurki

Pisemne skargi mieszkańców co jakiś czas docierają jednak i do szefostwa Aeroklubu. Są bardzo różne. – To często sygnały od ludzi, którzy nie mają pojęcia o lotnictwie i sugerują, byśmy latali tylko na zachód. Innym przeszkadza z kolei hałas samolotów na cmentarzu komunalnym – wymienia Jan Chrobociński. Zdaje sobie sprawę z tego, że na fali ostatnich wypadków lotniczych w kraju uwag może być więcej, a ludzie mogą odczuwać wzmożone lęki. Przy czym w Płocku – poza wypadkiem Marka Szufy podczas Pikniku Lotniczego – właściwie nie dochodziło do tragedii w powietrzu.
– Trzy wypadki śmiertelne na szybowcach zdarzyły się kolejno w latach 1960, 1978 i 1984. Poza tym latamy bezpiecznie, przestrzegamy przeglądów technicznych maszyn, chociaż oczywiście wszystko ma prawo zawieść. W zimie też nikt nie przewidzi, gdzie z dachów oderwą się sople. A w samolocie bez względu na to, czy będzie on na wysokości 1000 czy 10 000 metrów, jeżeli część się oderwie, to i tak spadnie. Prawo przyciągania zadziała. A w co wceluje, to ciężko powiedzieć – dowodzi szef Aeroklubu, przy czym od razu zaznacza, że samoloty w hangarach nie są wiązane na sznurki. Nikt ich też nie podpiera kijami. Sprzęt jest certyfikowany, a po wylataniu godzin musi przejść remont. Inaczej nie zostaje dopuszczony do latania.

Uziemiona Wilga w hangarze

Aeroklub ma obecnie cztery samoloty na chodzie, a trzy stoją w hangarze i czekają na remont. Za chwilę dołączy do nich Wilga. Zostało jej do wylatania 80 z 1350 przydziałowych godzin. Jeśli znajdą się pieniądze, to remont przejdzie, jeśli nie, poczeka na lepsze czasy. A koszty remontu są ogromne. Remont kapitalny płatowca pochłania 200 tys. zł, silnika – 100 tys. zł, a śmigła – 25 tys. zł.
Z powodu tych kosztów uziemienie Wilgi może trochę potrwać, bo niestety dla Aeroklubu skończyły się dobre czasy. Do 1989 roku podlegał on pod Ministerstwo Obrony Narodowej. Miał przydziały oraz środki finansowe i na nowy sprzęt, i na remonty. Dziś organizacja jest na własnym utrzymaniu. Istnieje dzięki prowadzeniu szkoleń i członkowskim składkom. Ale lotnisko w Płocku nie zostanie zaorane. Wręcz przeciwnie. Opracowywana jest koncepcja jego rozbudowy, bo jest potrzebne i wpisuje się w strategię rozwoju Mazowsza. Przewiduje ona, że w Modlinie ma być lotniskowe cargo, warszawskie Okęcie nadal pozostanie lotniskiem osobowym, z kolei Płock i Radom postrzegane są jako idealne miejsca na lotniska biznesowe. Nikt jednak nie czeka na modernizację. Coraz częściej w interesach przylatują do Orlenu czy Ośrodka Badawczo-Rozwojowego Przemysłu Rafineryjnego biznesmeni z całej Polski, a w hangarze stoi osiem prywatnych samolotów płocczan. Na lotnisku działa również Lotnicze Pogotowie Ratunkowe. Zostało właśnie dopuszczone do lotów nocnych i najprawdopodobniej będzie zakłócać ciszę nocną, by wystartować do akcji ratowniczej. – I mają przestać latać, bo ktoś nie może spać? – pytają retorycznie piloci. I tak wszystkie znaki na ziemi i na niebie wskazują, że samolotów w Płocku będzie coraz więcej. Co dalej? Bać się czy się cieszyć?
Blanka Stanuszkiewicz--Cegłowska
blanka@tp.com.pl
fot. D. Ossowski
Czego boją się płocczanie?
Pociągi z cysternami mknące przez Międzytorze? Awaria na instalacjach w kombinacie? Czego płocczanie obawiają się najbardziej? Z takimi pytaniami zgłosiliśmy się do czytelników Tygodnika Płockiego. Oto odpowiedzi.

Henryk Skowyrski
Chyba najbardziej bałem się transportu niebezpiecznych materiałów przez centrum miasta, i nie chodzi tu tylko o pociągi, ale też o transport kołowy. Przecież nigdy nie wiadomo, co się może stać na drodze. Mam nadzieję, że dzięki obwodnicom, które powstają, sytuacja nieco się polepszy i będzie bezpieczniej na ulicach.

Bartosz Śliwiński
Zastanawiam się, co będzie, gdy miasto niebawem się zakorkuje. Już jest ciasno na ulicach Płocka, zwłaszcza w godzinach szczytu, a wiadomo, że samochodów wciąż przybywa. Ile będziemy czasu tracić na dotarcie z pracy do domu, np. z centrum na Podolszyce? Nie mówiąc już o wypadkach i stłuczkach, które już teraz są na porządku dziennym.

Radosław Łabarzewski
Nie boję się mieszkać w Płocku. Przyzwyczaiłem się do Orlenu i do myśli, że w razie sytuacji zagrożenia niewiele będziemy mogli zrobić. To będzie szybka akcja. Już chyba bardziej się boję, że ekstremiści dojdą w kraju do władzy.

Maria Skowyrska
Jest całkowity brak kontroli pojazdów i motocyklistów na drogach wyjazdowych z Płocka. To, co się tu dzieje, to horror. Wszyscy gnają jak szaleni, a i pijanych, jadących wężykiem też nie brakuje. Strach chodzić poboczami dróg.    BeeS
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości