Obserwujemy coraz mniej taksówek na postojach, ulicach i w samych korporacjach. Potwierdzają to również statystyki. Obecnie w płockim Urzędzie Miejskim zarejestrowanych jest nieco ponad 500 taksówkarzy pracujących w 12 działających na terenie Płocka korporacjach. To ponad dwieście mniej niż w ubiegłym roku. Tymczasem dla wielu mężczyzn była to jedyna szansa zatrudnienia, a co za tym idzie także możliwość utrzymania swoich rodzin. Czyżby sprawiło to nałożenie na taksówkarzy obowiązku montowania kas fiskalnych w pojazdach?
Nie każdego było stać na zamontowanie kasy. Wydatek ponad dwóch tysięcy złotych okazał się wielkim obciążeniem, czasami nawet połową wartości samochodu, którym jeździli.
– Jedni szybko zakładali kasy, licząc na obiecany przez rząd zwrot części poniesionych kosztów, drudzy załatwiali sobie “odroczki”, jeździli bez kas i chyba najlepiej na tym wyszli – opowiada Jan K. kierowca jednej z płockich korporacji. Co się okazało? Pieniędzy na zwroty nie ma w budżecie. Cieszyć się mogą nieliczni, którzy w grudniu już mieli urządzenia w pojazdach i prowadzoną działalność przez co najmniej trzy lata. Reszta musi cierpliwie czekać i na własny koszt naprawiać buble. Taksówkarze skarżą się bowiem, że kasy często się psują i potrzebują napraw serwisowych.
- W pewnym momencie w ogóle kas zabrakło, więc taksówkarze jeżdżą ze specjalnymi pozwoleniami uprawniającymi ich do pracy. Od początku wiedzieliśmy, że kasy fiskalne w taksówkach to pomyłka, ale nikt nie chciał nam wierzyć. W krajach unijnych nie są wymagane, więc pewnie i u nas przestaną one wkrótce obowiązywać. Po co było to całe zamieszanie i zbędne wydatki? – pytają płoccy taksówkarze, czekając, aż w końcu kasy znikną z ich pojazdów.
Oprócz tego, że uszczupliły się szeregi 12 korporacji to zmniejszyła się też ilość taksówkarzy niezrzeszonych, potocznie zwanych “słupkami”.
- Są to głównie dorabiający emeryci, policjanci. Dziś każdy radzi sobie, jak umie. My jeździmy głównie “na telefon”. Oni obstawiali postoje przy dworcach, łapiąc naiwnych przyjezdnych i biorąc za jeden kurs tyle, ile my zarabiamy za pracę w ciągu kilku godzin. Ale i “słupkom” przestało się opłacać jeździć w chwili, kiedy trzeba było zacząć odprowadzać podatki. Żeby zdobyć klienta, ratują się jeszcze upodobniając tzw. “gapy” do znaków firmowych korporacji. Ale wiadomo, że w ten sposób klient pomyli się tylko raz – twierdzą płoccy taksówkarze.
Od 1 stycznia br. weszło też rozporządzenie, że kierowca taksówki musi mieć licencję, a nie tak jak dotychczas zezwolenie. Kierowcy musieli odbyć szkolenia w ośrodkach doskonalenia kierowców, gdzie zapoznawali się z przepisami prawa miejscowego, przepisami ruchu drogowego, zasadach bhp, mieli też podstawy rachunkowości, poznawali swoje obowiązki i prawa, zdawali egzaminy z topografii. Licencje wydawane są czasowo. W 90% taksówkarze decydowali się na te obejmujące czas od jednego roku do 15 lat. – To wydatek rzędu 200-250 zł. Na tyle jeszcze można sobie pozwolić, tym bardziej że nie wiadomo, czy za rok będę jeszcze mógł jeździć, czy nie wejdą w życie kolejne wymyślne rozporządzenia – mówi Marek Z., taksówkarz z 5-letnim stażem zawodowym.
Oczywiście szczególne natężenie kursantów miało miejsce w grudniu ub. roku, ale jak się dowiedzieliśmy w ośrodkach szkolenia, obecnie na kursy uczęszczają kolejni “kandydaci” na taksówkarzy. To w końcu jeden z najprostszych sposobów zarabiania na życie dla mężczyzny, choć niestety nie gwarantujący zadowalających zarobków. – To lepsze jednak niż siedzenie w domu z założonymi rękami. Nie zapowiada się, żeby w Polsce było lepiej, a żyć z czegoś trzeba – przekonują kierowcy.
Taksówki z Płocka na pewno nie znikną, może jedynie kursy podrożeją. Na razie nadal jesteśmy jednym z najtańszych miast, jeśli chodzi o przejazdy taksówką. A do tego mamy jeszcze riksze.
BeeS
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze