Według danych z końca sierpnia w czasie dwu miesięcy tegorocznych wakacji na polskich drogach zginęło w wypadkach prawie tysiąc osób. Ten wynik szokujący nie wywołał ani jednej publicznej debaty, nikt chyba ze szczytów władzy nie uronił ani jednej łezki. Zważywszy, że kraj nasz jest czynnie zaangażowany w wojnę z międzynarodowym terroryzmem, ilość żołnierzy polskich, którzy zginęli w Iraku w ciągu półtorarocznej kampanii przy tej liczbie stanowi wynik śladowy. Nie chcę w ten sposób umniejszać wagi żadnego z tamtych dramatów, ale odnoszę wrażenie, że o ile śmierć każdego polskiego żołnierza w Iraku musi wprawiać w niemałe zakłopotanie polityczne tuzy (może być ostatecznie czynnikiem decydującym o długości kadencji), o tyle rzeź, jaka od lat dzieje się na polskich drogach, nie robi na nikim wrażenia i nie uruchamia żadnych procedur, które miałyby istniejącemu problemowi przeciwdziałać.
Można sądzić, że główna linia frontu wojny z terroryzmem przebiega nie przez Irak czy inny kraj Bliskiego lub Dalekiego Wschodu, ale przez ziemie między Odrą i Bugiem, a terenem najbardziej zaciętych walk są polskie drogi. Rocznie życie traci tu przecież ok. 7 tysięcy ludzi. To siedem razy więcej niż ilość żołnierzy koalicji, którzy zginęli od początku wojny w Iraku. To dużo więcej niż łączna ilość ofiar wszystkich terrorystycznych zamachów od 2001 roku. A może na polskich drogach toczy się nie wojna z terroryzmem, ale jakaś zawzięta wojna domowa wszystkich rodaków ze wszystkimi? Bo jeśli prawdą jest, że człowiek człowiekowi wilkiem, to drogi stały się skutecznym terenem regulowania porachunków. Każdy jest tu potencjalnym agresorem i każdy może stać się potencjalną ofiarą. Nikt nikomu nie może ufać. Potworne.
Wiele można mówić o przyczynach tych przygnębiających zjawisk. Można narzekać na nieodpowiedzialność kierowców, nadmierną prędkość, brawurę, niskie umiejętności, jazdę po pijanemu (z kondycją moralną społeczeństwa w dobie transformacji ustrojowej jest wciąż nieszczególnie), można narzekać na kiepski stan techniczny pojazdów, opłakany stan dróg i wymieniać całą litanię żalów, co zatrważającego stanu rzeczy samo przecież nie odmieni. Można wreszcie i trzeba nawet zapytać o skuteczność działań najwyższych i nieco niższych władz, od prezydenta i premiera począwszy, przez ministrów i różnych marszałków oraz starostów, na szeregowych z drogówki skończywszy, na które społeczeństwo zcedowało część swej wolności, by te broniły je przed samym sobą. Pierwsi są za troskę o nasze bezpieczeństwo należycie chyba wyposażeni, ci ostatni znacznie gorzej. Stąd można wnosić, że przełożenie teorii na praktykę musi napotykać na naturalne w tej sytuacji trudności.
Takie choćby „dawanie w łapę”, o którym wszyscy mówią, że jest faktem i wszyscy jakoś usprawiedliwiają, bo wszyscy też na nim chwilowo coś zyskują. Chwilowo tak, w dłuższej perspektywie ktoś traci w końcu życie. To tak jak w wychowaniu, bez środków radykalnych i konsekwentnie stosowanych nagród i kar wykolei się ostatecznie człowiekowi życie. I tu też, aby nie wykoleić do końca społeczeństwa, trzeba szanownych kierowców wychowywać środkami radykalnymi, proporcjonalnie do rangi uchybienia. Jak ojciec przylał porządnie, to długo się potem pamiętało, że pewnych rzeczy robić nie wolno. Przydałby się też od czasu do czasu jakiś drobny element zaskoczenia. Tymczasem wszędzie tam, gdzie zainstalowane są dosyć skutecznie powstrzymujące szarżujących kierowców fotoradary, pojawiają się też odrobinę wcześniej grzeczne komunikaty ostrzegawcze o bliskiej kontroli prędkości. No, to może są standardy europejskie, etykieta dworska, ale postępując tą drogą, nic szczególnego nie osiągniemy. To zabawa dużych dzieci obracająca się przeciw nim. A skutki są, jak widać, opłakane.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze