Odwiedziła nas w redakcji z wyrokiem sądu w ręku. „Sąd nakazuje pozwanym opuszczenie i opróżnienie lokalu mieszkalnego położonego w Ogorzelicach przy ul. Bielskiej i wydanie go Gminie Stara Biała w terminie do 30 października 2012 roku”. W dalszej części wyroku można przeczytać. „Sąd ustala, że pozwanym nie przysługuje prawo do lokalu socjalnego”. Oznacza to, że wdowę z trójką dzieci, w tym dwójką niepełnosprawnych czeka wyprowadzka na bruk.
W budynkach socjalnych w Ogorzelicach mieszkają 33 rodziny, z tego około połowa dostała nakazy eksmisji bez prawa do innego lokalu socjalnego. Jak można się spodziewać, wśród nich są ludzie w bardzo różnej sytuacji materialnej, także z dziećmi niepełnosprawnymi, poruszającymi się na wózkach.
Pani K. wraz z trójką dzieci mieszka w lokalu socjalnym przy ul. Bielskiej od czterech lat. Dwoje od lat choruje na padaczkę. Do dyspozycji rodzina ma dwa pokoje, kuchnię. Mieszkanie jest ogrzewane centralnie, są wszystkie podstawowe wygody. Wcześniej mieszkali w budynku przeznaczonym do rozbiórki.
Nasza czytelniczka jest wdową, która sama musi borykać się z codziennymi kłopotami. Pracuje w Płocku na cały etat, ale kokosów nie zarabia. Starała się przez te lata płacić za mieszkanie i choć zawsze było skromnie, to jakoś udawało się zapłacić rachunki.
Czynsz za lokal socjalny nie był mały. Pani K. płaciła 550 zł miesięcznie plus media, a jeszcze trzeba było wygospodarować środki na bilety autobusowe. I pewnie wszystko byłoby w porządku, jednak administratorka, która zbierała opłaty za czynsz nie wpłacała pieniędzy do gminnej kasy, tylko brała do własnej kieszeni.
Trudno się w tej sytuacji dziwić, że mieszkanie zostało zadłużone.
– Ja naprawdę płaciłam i nawet nie miałam pojęcia, że te pieniądze idą do prywatnej kieszeni pracownika gminy – tłumaczy czytelniczka.
– Mało tego, nawet nie wiedziałam, że z powodu zadłużenia straciłam dofinansowanie do czynszu, co także powiększyło mój dług. Ostatnio okazało się, że z dniem 1 października 2012 roku straciłam prawo do zamieszkania w tym lokalu. Jestem pewna, że pismo, które wtedy miałam otrzymać, a dopiero teraz je zobaczyłam, zostało podpisane przez administratorkę. Byłam przekonana, że nie mam żadnego zadłużenia, a tu okazało się, że mam i to w wysokości 6 tys. zł. Nie ma takiej możliwości, żebym wpłaciła tę sumę jednorazowo.
Nieuczciwa administratorka, przez którą powstało zadłużenie kilku rodzin, straciła pracę. Teraz lokatorzy starają się odzyskać pieniądze. Ostatnio dostali obietnicę, że przynajmniej część pieniędzy zostanie zwrócona w tym miesiącu. Mają nadzieję, że jeśli by to się udało, oddadzą część długu i nie zostaną wyeksmitowani.
– Gdzie ja się podzieję z trójką dzieci? Najmłodsza chodzi jeszcze do szkoły, syn zaczął pracować, co prawda na razie na umowę zlecenie, ale dobre i to. Cieszyliśmy się, że do domowego budżetu trafią dodatkowe pieniądze, że będzie nam się żyło łatwiej. Swoje rachunki płacę na bieżąco, gdyby nie to zadłużenie sprzed lat, wszystko miałabym uregulowane.
Pani K. nie chce na nikogo zrzucać winy, doskonale wie, że powinna się zainteresować swoją sytuacją, ale myślała, że wszystko w porządku. Gdy okazało się, że jednak nie jest, była załamana. Nie wiedziała jak powalczyć o swoje. Pomagał jej Tadeusz Sulkowski, działacz społeczny, który opowiedział historię rodziny K. senatorowi Markowi Martynowskiemu, ale czy to wystarczy, by wójt zgodził się na rozłożenie długu na raty. Rozwiązaniem byłaby też możliwość odpracowania długu. – Moja wina, mogłam pieniądze wpłacać do banku, a nie dawać do ręki administratorce, nie dopatrzyłam, nie dopilnowałam, uwierzyłam, że wszystko jest w porządku, a teraz wyrzucą mnie na bruk – mówi ze łzami w oczach pani K.
Wszystko wskazuje na to, że lokatorzy, którzy dostali wyroki sądowe będą mogli mieszkać w lokalach przy ul. Bielskiej tylko do końca października. – Ja wykonuję tylko to, co do mnie należy – zapowiada Sławomir Wawrzyński, wójt gminy Stara Biała. – Nie możemy sobie pozwolić, by lokatorzy zasobów miejskich mieszkali za darmo i byśmy na to nie reagowali, trzeba było zrobić z tym porządek. Winę zrzucają na administratorkę, ale ona nie pracuje już przynajmniej od roku.
W rozmowie wójt podkreśla, że wcześniej nikt do niego nie przyszedł i nie rozmawiał o tej sytuacji. Zadłużenie lokatorów nie było małe, nie tysiąc czy dwa tysiące, ale kilkanaście tysięcy. Podkreśla, że mieszkańcy kpili z władzy, która nie potrafiła sobie z nimi poradzić. Szalę goryczy przelały także skargi innych lokatorów, którzy twierdzili, że dzieci niepłacących sąsiadów dewastowały budynki, klatki schodowe. To przesądziło o konieczności podjęcia ostatecznych decyzji. Dlatego trudno w tej sytuacji mieć wątpliwości, czy skierowanie spraw do sądu było słuszne.
W uzasadnieniu wyroku sędzina podkreślała, że ze strony gminy nie było żadnej nadmiernej gorliwości, tylko konieczność ostatecznego rozwiązania problemu. Lokatorzy latami lekceważyli swoje obowiązki, byli pewni, że nikt im nic nie zrobi. Nie pomagały wizyty w mieszkaniach i wezwania do uregulowania należności. Jak stwierdził wójt, dopiero jak w oczy zajrzało im widmo eksmisji, to poszli poskarżyć się do redakcji. Wcześniej nie wykazywali żadnego zainteresowania, ani chęci poprawy sytuacji.
Na pytanie o wyrzuty sumienia, wójt odpowiada, że jest pewny swojej decyzji. – Dobrze, że wkrótce sprawa zostanie rozwiązana, a mieszkania zostaną przydzielone ludziom z kolejki na przydział lokali socjalnych, którzy płacą czynsz, a mieszkają w fatalnych warunkach – dodaje.
Wójt Wawrzyński ma swoje racje. Trudno godzić się na to, by miesiącami lokatorzy nie płacili swoich należności i niszczyli budynek, w którym mieszkają. Trudno usprawiedliwiać, choćby panią K., bo ona doskonale wie, że to jej wina, że zaniedbała swoje obowiązki. Wyrok sądu, choć wyjątkowo surowy wydaje się sprawiedliwy. Ale wyrzucenie na bruk rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi, jest nieludzkie. – Gdzie ja się podzieję z trójką dzieci? – pyta pani K.
Jola Marciniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze