Reklama

Raczej o miłości niż o innych demonach

04/07/2002 14:16
Jeżeli wartość nowej płyty Myslovitz mierzyć jej potencjałem komercyjnym, szczególnie w porównaniu z poprzednim albumem grupy, który osiągnął wielki rynkowy sukces, to wydaje się ona krokiem wstecz.Jeżeli jednak przyjąć ryzykowną tezę, że w muzyce – nawet tej bezwstydnie popularnej, skłaniającej do łatwych wzruszeń – może chodzić o coś innego niż jak największa ilość sprzedanych płyt czy kaset, to ten krok okazuje się przytomnym zawróceniem ze ślepej uliczki, w jaką zespół nieopatrznie zabrnął. Decyzja o zawróceniu przez Myslovitz z ubitego melodyjnymi przebojami pop-rockowego traktu, o rezygnacji z przepisywania chronicznie rozczarowanemu kontaktem z rzeczywistością pacjentowi – czyli nam, słuchaczom - tej samej sprawdzonej recepty na kolorowe tabletki, nie była zapewne łatwa. Triumfy Budki Suflera czy Ich Troje pokazują wystarczająco dobitnie, czego naprawdę potrzebuje ta naprawdę masowa publiczność. A potrzebuje po prostu czegoś, co będzie jak najdokładniejszym słowno muzycznym odpowiednikiem kiełbaski z grilla i piwa z puszki (jak w przypadku Budki) albo chipsów i coca-coli (wzorcowy przykład: Ich Troje). Nie są to, trzeba przyznać, oczekiwania wygórowane. Ot, kilka zgrabnych refrenów, które da się zanucić przy goleniu, chwytliwy riff gitary lub zagrywka na klawiszach, by utwór dał się szybko rozpoznać przy każdej okazji, koniecznie łatwy do zapamiętania przez wybijającą go pod stołem nogę rytm, no i teksty, konsekwentnie utrzymane w poetyce “mokrych oczu”. Po przebojowym albumie “Miłość w czasach popkultury” nagranym przez Myslovitz kilka lat temu - który wiele z tych wymogów spełniał, bo chętnie kupowali go zarówno wielbiciele szorstkiego rocka i gładkiego popu, młodzi kontestatorzy i starzy konformiści – wystarczyłaby tylko odrobina konsekwencji, a sukces murowany. Tymczasem nowa płyta Myslovitz “Korova Milky Bar” to przykład “pochwały niekonsekwencji”, powrotu do surowych, czysto rockowych korzeni, do przewrotnej prostoty muzyki i tekstów, która zamiast koić, utwierdzać w dobrym mniemaniu, ogrzewać miłym, swojskim ciepełkiem, pozostawia po sobie rodzaj niepokoju właściwy muzyce, która nie dociera zwykle na szczyty list przebojów, na parkiety dyskotek i do kieszeni przenośnych odtwarzaczy przy grillu w ogródku. Bo i cóż by tam robiła? Brit-pop z Mysłowic Grupa Myslovitz powstała w 1992r. w Mysłowicach. Założyli ją wokalista Artur Rojek, gitarzysta Wojciech Powaga, basista Jacek Kuderski i jego brat Wojciech, grający na perkusji, do których po nagraniu pierwszego albumu dołączył drugi gitarzysta Przemysław Miszora. Wywodzący się z głębokiej prowincji zespół dość szybko odniósł niespodziewany sukces, wygrywając w 1994r. festiwal Mokotowska Jesień Muzyczna w Warszawie i podpisując kontrakt z firmą MJM, która niedługo później stała się polską filią międzynarodowego koncernu Sony. Stało się tak za sprawą muzycznego stylu formacji, który nawiązywał do święcącego w tym czasie triumfy brit-popu z jego sztandarowym przedstawicielem, czyli grupą Oasis. Na szczęście na brit-popie inspiracje muzyków się nie kończyły. W utworach grupy z okresu dwóch pierwszych płyt (“Myslovitz” i “Sun Machine”) dało się bowiem słyszeć elementy gitarowej psychodelii lat 60-tych, wpływy The Beatles, ale i znacznie bardziej surowe elementy transowego stylu The Velvet Underground (choćby w znakomitym, mrocznym “Good Day My Angel”) czy chropawa maniera The Rolling Stones (przebojowa “Peggy Brown”, której nie musiałaby się wstydzić spółka Jagger/Richards). Względnie duża popularność wśród młodych wielbicieli rocka zmieniła w prawdziwy masowy sukces przy okazji trzeciego albumu Myslovitz “Miłość w czasach popkultury”, na którym grupa wyraźnie złagodziła kanty brzmienia i linie melodii, wprowadziła garść patentów aranżacyjnych rodem z muzyki pop i w ogóle skierowała się ku środkom wyrazu znacznie przystępniejszym w odbiorze. To wszystko plus teksty, których ogólną tendencje dobrze charakteryzuje tytuł całej płyty, zadecydowało o wprowadzeniu zespołu na całkiem inną orbitę: medialnej atrakcji, świetnie sprzedającego się towaru, muzycznej maskotki, która zawsze była pod ręką, którą słyszało się dosłownie zewsząd. Grupę zgubiło, albo jak kto woli uratowało, przedsięwzięcie, w jakim wziął udział jesienią zeszłego roku jej wokalista Artur Rojek, czyli zrealizowany wespół z muzykami trójmiejskiego zespołu Ścianka jednorazowy projekt pod nazwą Lenny Valentino. Album “Uwaga! Jedzie tramwaj” okazał się prawdziwą muzyczną sensacją początku nowego wieku, w niezwykle spójny i zgrabny sposób łącząc awangardowe fascynacje muzyków Ścianki i ich wybujałą wyobraźnię brzmieniową z poprockowymi inklinacjami Rojka, a przede wszystkim z jego talentem do tworzenia przebojowych melodii i pozostających w pamięci tekstów. Można przypuszczać, że uznanie, z jakim przyjęte zostały utwory Lenny´ego Valentino i na pewno nieporównywalna z sukcesem macierzystej formacji, ale jednak popularność tych urokliwych piosenek w dużym stopniu wpłynęły na decyzję Rojka, aby kolejna płyta Myslovitz została zaadresowana do mniejszej i bardziej wymagającej grupy słuchaczy. Aby nie ścigać się z Budką Suflera czy Ich Troje na sprzedane płyty i bezmyślnie uśmiechniętych wielbicieli. Całkiem wyrafinowana naiwność Nowa płyta Myslovitz “Korova Milky Barod pierwszych dźwięków sprawia wrażenie nagranej mniej więcej “w połowie drogi” między dwoma pierwszymi albumami grupy (typowo rockowa pulsacja, surowe gitarowe brzmienia, brit-popowe melodie i aranżacyjne smaczki a´la Oasis czy Manic Street Preachers) a Lennym Valentino (surrealistyczne tło niektórych utworów, narastająca hipnotycznie atmosfera, przesycone groteską partie instrumentów), co początkowo robi wrażenie kombinacji trochę sztucznej i jałowej, ale stopniowo zaczyna wciągać. Tym bardziej, że im dalej w las utworów, tym lepiej. Bo po dość przeciętnym “Sprzedawcy marzeń” i “Barze mlecznym Korova” następują ujmująca melodyjnością i nastrojem “Wieża melancholii” i przebojowe “Za zamkniętymi oczami”. Ale najciekawsze pozostawione zostało na sam koniec płyty. Wieńczące ją utwory “Chciałbym umrzeć z miłości” (z pięknym tekstem, którego pozorna naiwność kryje ładunek wcale niebanalnych emocji) i “Szklany człowiek” to już prawdziwie natchnione muzyczne wizje, z zagęszczoną, wyrafinowaną atmosferą i pozostającymi na długo w pamięci melodiami, którym daleko jednak do typowej przebojowości. I dlatego nie wróżę nowej płycie Myslovitz powodzenia na miarę swej poprzedniczki. Ale jestem przekonany, że spodoba się ona tym znacznie mniej licznym, wybranym, dla których muzyka to coś więcej niż nie absorbujące zbytnio tło dla pogawędki, okrągła podstawka pod kufel piwa czy gładka dźwiękowa tapeta z ładnym wzorkiem. Bo wygląda na to, że właśnie o nich muzykom Myslovitz chodzi. Maciej Woźniak
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości