Z Jerzym Kryszakiem rozmawia Blanka StanuszkiewiczPanuje w Polsce gorąca polityczna atmosfera, tymczasem na pięć minut przed drugą turą wyborów prezydenckich pan w swoich programach kabaretowych stosuje jakby „ciszę wyborczą” i to zarówno w przypadku Lecha Kaczyńskiego, jak i Donalda Tuska.
– Oszczędzam jednego i drugiego kandydata na prezydenta. Może pozwoliłbym sobie na stosowny program kabaretowy, gdyby była inna sytuacja, tzn. walczyłby Cimoszewicz kontra Kaczyński albo Cimoszewicz kontra Tusk. Jeżeli mamy jednak dwóch kandydatów nielewicowych, to siłą rzeczy nie próbuję adresować pod ich kątem żartów, bo jeszcze ten worek się nie rozwiązał. Cały czas te dwa „koty” jeszcze w nim tkwią.
Należy więc odrzucić obawy, że zabraknie panu tematów do kolejnych programów.
– Oczywiście. U nas zawsze są afery. Jeszcze długo nie będziemy Szwajcarią Wschodu, żeby żyć życiem kompletnie niepolitycznym. Połowa Szwajcarów nie wie, jak się nazywa ich premier. (Ja zresztą także nie mam pojęcia). Nikogo to nie interesuje, bo tam jest taki spokój i ład. Woda ma być w kranie i koniec. Choć powoli buduje się w Polsce nowe życie i nowy ład gospodarczy, dużo mówi się o skrystalizowanej demokracji, to wciąż uczymy się, co to jest. Uczymy się też wolności wyborów, która jest obecnie największym problemem Polaków, bo oznacza decydowanie za siebie samego. Kiedyś decydowali za nas jacyś ludzie z KC i czy było lepiej czy gorzej, to można było kwękać w domu i to raczej ciszej niż głośniej. Można też było spotykać się w kanałach, słuchać „Wolnej Europy” i nic więcej. A teraz jest nagle wybór i człowiek za ten wybór winą musi obarczyć siebie, przy okazji przyznać się do własnej głupoty, że tak zadecydowałem o swoim życiu i o swoim losie. To jest w demokracji najtrudniejsze.
Jakie są pana polityczne sympatie?
– Jestem za Platformą Obywatelską. Uważam, że za jej rządów lepiej będzie stała gospodarka, a poza tym ludziom będzie się żyło łatwiej. Mniej rozdawnictwa, a więcej pracy. To wystarczy.
Z ogromnym powodzeniem uprawia pan kabaret polityczny, ale czyżby na co dzień traktował pan politykę bardzo poważnie?
– Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. To byłoby z mojej strony nieuczciwością, gdybym jedynie wychodził na scenę i robił sobie z polskiego życia politycznego żarty, a potem o tym zapominał. Chcę pokazywać ludzi, którzy często niesłusznie mają o sobie wyjątkowo wysokie mniemanie i ściągać ich ze świecznika, na który niepotrzebnie weszli.
Czy „tykani” przez pana politycy mają poczucie humoru i potrafią śmiać się z samych siebie? Zdarza się panu z nimi spotkać twarzą w twarz?
– Tak. Nawet czuje się troszkę częścią społeczności politycznej, ale nie z tego powodu, że interesuję się polityką, tylko dlatego, że politycy zachowują się tak, jakby mnie znali od lat, choć ja znam tych ludzi jedynie z mediów. Przy okazji przypadkowych spotkań mówią mi „dzień dobry” i na wszelki wypadek są bardzo mili. To jakby uprzedzanie i załatwianie mojego sympatycznego oglądu. Jeśli ktoś zareagowałby ostro, to ja nie miałbym najmniejszych oporów, żeby w następnym programie kabaretowym ostro go potraktować.
Który z polityków dostarcza panu najwięcej inspiracji i pola do popisu na scenie?
– Cały czas wielką radością mojego życia jest Lech Wałęsa. Choć doceniam ogromny wkład Wałęsy, nie podważam niczego, co zrobił 25 lat temu, to muszę powiedzieć, że barwność wypowiedzi Lecha Wałęsy, porównania i skojarzania są jedyne swego rodzaju. Nie ma takiego drugiego człowieka w kraju, który by tak dosadnie i trafnie opisywał sytuacje i odpowiadał na pytania. Lech Wałęsa zapytany, co by powiedział, gdyby Cimoszewicz został prezydentem, stwierdził jednym zdaniem: „Nie byłoby to ani dobre, ani złe. To byłoby niesmaczne.”
Jeśli nie kabaret to co? Co robi Jerzy Kryszak w wolnym czasie?
– Klęska. Nie mam wolnego czasu. Cały czas gram, dochodzą jeszcze różnego rodzaju akcje. Nasilają się głównie w okresie świątecznym. Nie lubię tego gwaru, krzyków „jesteście wszyscy fantastyczni i wspaniali”. To nieprawda. Wcale tak nie jest. Czuję w tym fałsz. Ale czasem ten hałas jest potrzebny, żeby ludzi poruszyć. Osobiście wolę cichaczem komuś pomóc niż robić z tego sprawę. Obecnie jeżdżę też po całej Polsce, w międzyczasie przyjaciołom udaje się mnie ubłagać, żebym coś dodatkowego zrobił. Ostatnio z pianą na ustach i niemiłosiernie zmęczony podkładałem głos pod Wodnika do jakiegoś filmu.
Jest pan aktorem z wykształcenia. Swego czasu był pan związany z teatrem. Nie brakuje panu spektakli, premier, aktorstwa?
– Teatr wymaga czasu, którego nie mam. Ale tęsknię za nim. Cieszę się, że czasami mogę ze swoimi programami gościć w teatrach. Przed występami idę „obwąchać“ kulisy, maszynerię teatralną. Czuję w powietrzu ten charakterystyczny kurz. Tego zapachu się nie zapomina. Siedzę w garderobach teatralnych, pełnych szczotek, pudrów, widzę afisze, nazwiska... We wszystkich teatrach jest to samo. Tu w Płocku również. To musi mi na razie wystarczyć.
Może prócz płockiego teatru zdążył pan coś jeszcze bliżej poznać w naszym mieście?
– Płock bardzo ładnie prezentuje się od strony przeprawy przez Wisłę. Przy okazji pięknie wygląda stąd nowy most, którego zaskakującą historię zdążyłem w ostatnim czasie poznać.
Czyżby nasz „pomnik na Wiśle” miał szansę znaleźć się w pana kolejnych programach kabaretowych?
– Byłem przekonany, że ten „pomnik” to żart, ale teraz myślę, że z powodzeniem mógłby powstać jakiś płocki serial pt. „Daleko od szosy”.
Dziękuję za rozmowę.
fot. BeeS
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze