Gazeta Wyborcza zaatakowała prezydenta Płocka, zarzucając mu „zamiary” włączenia się w „edukacyjną destrukcję”. Nie znam całego artykułu Michała Kacprzaka, ponieważ nie mam wykupionego dostępu do zasobów „Gazety”, ale z dostępnego w sieci fragmentu wynika, że prezydent zamierza w ramach polityki oszczędzania wydłużyć czas pracy psychologów i pedagogów szkolnych o dwie dodatkowe godziny w ramach tych samych wynagrodzeń. „Gazeta” policzyła, że w ten sposób pracownicy (głównie pracownice) stracą z godzin nadliczbowych miesięcznie po ok. 400 zł. Rozwiązanie nie weszło w życie, jest dopiero w fazie dyskusji, ale już ta faza pokazuje, że z jakichś niezrozumiałych powodów w oświacie zawsze musi być inaczej niż w normalnej firmie, nawet wtedy, kiedy tą oświatą zarządzają ludzie, którzy mienią się albo mienili się kiedyś zwolennikami wolnego rynku, polityki realnej, opartej na zasadach zdrowego rozsądku, respektujących nawet godność człowieka. U nas zdrowy rozsądek wciąż musi kończyć się tam, gdzie zaczyna się władza i świadomość tego, jak szczupła jest kasa, bo przecież tyle innych podmiotów czeka w kolejce po pobory albo tyle różnych imprez rozrywkowych trzeba będzie urządzić latem, żeby nie stracić zaufania wyborców. Jak zwykle edukacja będzie musiała poczekać na tłuściejsze lata, a te, jak wiadomo, w naszym biednym kraju nigdy nie nadejdą.
Oszczędzanie na oświacie stało się bowiem jakimś patologicznym nawykiem, zasadą, regułą, punktem zasadniczym programów wyborczych wszystkich partii, jakie przewinęły się przez scenę polityczną w czasie ostatniego 30-lecia tej wspanialej „wolnej Polski”, jaka nastała po mrocznych czasach komunizmu. Punkt ten zresztą bardzo spodobał się naszym szanownym wyborcom, bo mimo świadomości, że każda z tych formacji politycznych przygotowuje „destrukcyjne” warunki edukacyjne dla naszych dzieci i wnuków, wybieraliśmy je ochoczo, dając tym sposobem zachętę do tej „destrukcji”. I doskonale wiemy, że nic w tej dziedzinie się nie zmieni podczas najbliższych wyborów, bo jaki też mamy wybór. Lekceważenie oświaty weszło w krew rządzącym i rządzonym w tak wysokim stopniu, że stało się naszą narodową racją stanu, pokarmem powszednim, najwyższym wyznaniem wiary, dlatego niewielu dziwi, a jeszcze mniejszą ilość gorszy takie czy inne rozwiązanie oszczędnościowe tego czy innego ministra, premiera, marszałka, prezydenta, burmistrza, starosty.
W tym przecież wyraża się „polskość”, jej najbardziej żywotna cecha, jej krwioobieg. Dlatego kiedy będziemy tak nabożnie czcić za kilka dni flagę narodową i wielbić wiekopomną „Konstytucję”, to złóżmy przy tej okazji pokłon tym wszystkim cechom naszej narodowej duszy, nad którymi powiewa ta flaga i które osłania swoimi skrzydłami Orzeł w Koronie. Niech wśród nich na pierwszym miejscu znajdzie się nędza w oświacie i spryt w oszczędzaniu na niej. I bynajmniej nie robię tu przytyku naszemu prezydentowi, bo ta zdolność nie jest jego tylko przymiotem ani zapewne wolnym wyborem. Mus idzie z góry. Decyzje rozstrzygają się na szczycie, w najwyższych instytucjach Najjaśniejszej i to z woli mężów opatrznościowych i opatrznościowych żon zasiadających w ławach poselskich i senatorskich, w kancelarii prezydenta państwa i w gabinetach Rady Ministrów. To stamtąd przede wszystkim płynie przyzwolenie, żądanie, błaganie, by było „destrukcyjnie”, żałośnie, biednie i niepoważnie. A wśród żądających są i matki, i ojcowie, i dziadkowie, i babcie, niemało tam jest też byłych nauczycieli. „Zaiste piękne będziesz miała dzieci, Ojczyzno”, wychowane w warunkach przygotowanych przez tak doborowe towarzystwo.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze