W efekcie powodzi Gmury długo jeszcze nie wrócą do normalności
Zalane piwnice i garaże, połamane ławki i śmietniczki. Wisła po 28 latach przypomniała płocczanom, jak groźna potrafi być zimą. Sytuacja na rzece wciąż jest groźna. Chociaż już wydawało się, że woda ustąpiła, w piątek, 5 marca znów wystąpiła z brzegów. Rozważano między innymi ewakuację mieszkańców Drwał, Rakowa, Kępy Polskiej i Białobrzegów. Władze Płocka zapowiadają, że są gotowe udzielić pomocy mieszkańcom zalanej ulicy Gmury, a wojewoda mazowiecki twierdzi, że wybudowaniem wałów w tym rejonie miasta powinni zająć się do spółki samorząd i Rejonowy Zarząd Gospodarki Wodnej.
Mieszkańcy Gmur przyznają, że ostatni raz tak wysoka woda była w czasie powodzi z 1982. Od tej pory nie przeżyli tak nerwowych chwil jak w ubiegłym tygodniu. Wszystko zaczęło się w nocy z 1 na 2 marca. We wtorek rano z Gmur można było się wydostać już tylko samochodem Straży Miejskiej, ale przed południem z pokonaniem zalanej ulicy mogły sobie poradzić tylko wozy straży pożarnej, a później po ulicy mogły pływać tylko łódki. W czwartek, 4 marca, wody było już niewiele. Tam gdzie jeszcze stała, pracowały strażackie pompy. – Ciekawe, czy wypłacą jakieś odszkodowania za tę powódź? Pewnie tylko tym, którzy mieli ubezpieczone domy, ale kto tu miał ubezpieczenie - zastanawiała się w czwartkowe przedpołudnie jedna z mieszkanek Gmur. – W 1982 roku to przynajmniej ponad 20 tysięcy złotych dostałam. Mieszkam tu od dziecka, ale tak dużej wody jak teraz to nie pamiętam. Zdarzały się powodzie, ale głównie latem, po dużych deszczach, wtedy na naszą ulicę woda nawet snopki siana przynosiła - dodaje starsza kobieta. – Zamiast myśleć o budowie kolejki, to niech lepiej nam prezydent wały wybuduje. Tak wysokiej wody jak teraz to nie było. Trzy lata temu ulicę w dwóch miejscach zalało, ale do domów woda nie weszła - mówi kolejny z mieszkańców. Mieszkańcy ulicy zgodnie przyznają, że Wisła powinna być pogłębiana, wtedy nie dochodziłoby do takich sytuacji jak w ubiegłym tygodniu. W czwartek, 4 marca na Gmurach trwały wielkie porządki. Strażacy wypompowywali wodę z piwnic i garaży oraz z zalanych fragmentów ulicy. W piątek okazało się, że ich praca poszła na marne. Wisła znów wystąpiła z brzegów. – Wiedzieliśmy, że może przyjść kolejna fala powodziowa, nie mogliśmy jednak zostawić tych ludzi bez pomocy. Nie mogliśmy przecież powiedzieć, że czekamy na następną wysoką wodę i dopiero jak przejdzie będziemy pompować - mówi rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej st. kpt. Jacek Starczewski. W nocy z wtorku na środę woda zalała też bulwar nad Wisłą i ulicę Rybaki. Kra połamała ławki i śmietniczki, centrum rozrywki i Morkę. Zagroziła też przebudowywanym obiektom Płockiego Towarzystwa Wioślarskiego. – Gdy zjawiłem się na miejscu, ulica Kaweckiego już była zalana. Do naszych obiektów dowieźli mnie strażacy. Na szczęście obyło się bez zniszczeń, chociaż woda zaczęła wybijać przez kanalizację. Poprosiłem kierownika budowy o kontrolowanie sytuacji i zabezpieczenie przebudowywanych obiektów. Gdy woda zaczęła opadać, poczułem się tak, jakbym narodził się na nowo - sekretarz zarządu PTW Waldemar Rogowski nie kryje emocji. Na razie trudno mówić o tym, jakie straty ponieśli płocczanie w związku z powodzią. Sytuacja na rzece zmienia się dynamicznie. W jednej chwili woda jest wysoka, po to by za godzinę opaść, nawet o kilkadziesiąt centymetrów. Władze Płocka zapewniają mieszkańców zagrożonych terenów, że są gotowe do niesienia pomocy. W pierwszej kolejności samorząd zapewnił wodery, chociaż niektórzy z mieszkańców Gmur twierdzą, że żadnych butów do chodzenia w wodzie nie widzieli. Tylko dwie rodziny z tej ulicy zdecydowały się na ewakuację, przeniosły się do swoich krewnych. W internacie przy ulicy Norbertańskiej czeka 70 miejsc. To pokoje, które są wykorzystywane w sytuacjach kryzysowych, do których dochodzi w mieście. Jednak nie tylko na Gmurach jest źle. Śnieg, który gwałtownie topniał spowodował podtopienia w innych rejonach miasta. Tam także pracują służby miejskie, głównie Wodociągi, ponieważ strażacy mają pełne ręce roboty przy obronie wałów przeciwpowodziowych. Zawiodły lodołamacze? Być może zalania ulicy Gmury można było uniknąć, gdyby w stronę Płocka wcześniej wyruszyły lodołamacze. – Przyjdzie czas na sprawdzenie wszystkiego. Na pewno wystąpię do wszystkich instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo powodziowe o przygotowanie raportów w tej sprawie. Na razie jednak zajmujemy się pomocą ludziom - wyjaśnia wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski. Lodołamacze dotarły do Płocka w środę. Gdy rozbiły zator na wysokości Popłacina, woda gwałtownie zaczęła opadać. Wojewoda podobnie jak władze miasta prosił o ich użycie dwa dni wcześniej, ale ostateczną decyzję w oparciu o prognozy podejmował Krajowy Zarząd Gospodarki Wodnej Zdaniem wojewody sytuację na Gmurach można rozwiązać na dwa sposoby. Pierwszy to wybudowanie wałów, czym według niego powinien się zająć samorząd do spółki z Rejonowym Zarządem Gospodarki Wodnej. – Drugi sposób to zapewnienie tym ludziom innego miejsca zamieszkania. W ostatnim czasie na Mazowszu dużym problemem jest budowanie domów na terenach zalewowych. Dzieje się to w przekonaniu, że będziemy mieć szczęście. Dlatego wszystkie samorządy w województwie będą musiały przeanalizować decyzje o warunkach zabudowy na takich terenach. Będę chciał w tej kwestii zdyscyplinować samorządy w oparciu o uprawnienia przysługujące mi na podstawie przepisów o zarządzaniu kryzysowym. Z jednej strony wszyscy chcemy mieszkać bezpośrednio nad wodą i w pobliżu lasu, ale takie miejsca są najbardziej zagrożone. Będziemy również analizowali wspólnie z władzami Płocka przypadek ulicy Gmury. Trzeba się zdecydować czy ponosimy koszty budowy zabezpieczeń hydrologicznych, czy przesiedlamy ludzi - mówi Jacek Kozłowski, przyznając jednocześnie, że budowa wałów to wielomilionowe koszty. – Rozmów z mieszkańcami Gmur było wiele. Oni mieszkają tam z dziada, pradziada i nikt nie chce słyszeć o przeprowadzce. Domy przy tej ulicy powstały kilkadziesiąt lat temu, często w sposób nielegalny, później zostały zalegalizowane. Teraz w pobliskim obszarze pozwolenia na budowę są wydawane z wyraźnym określeniem, że są to tereny zalewowe i domy muszą być budowane na rzędnych nie mniejszych niż 62 metry. To wysokość przewidziana dla tzw. wody stuletniej, która przy zachowaniu tych zasad nie powinna zalać budynków - dodaje zastępca prezydenta Płocka Dariusz Zawidzki. – Po tym, co widziałem ostatnio, drugi raz nie zdecydowałabym się, żeby mieszkać na Gmurach. Mieszkali tu moi rodzice. Pamiętam, jak brzeg był kiedyś znacznie bardziej oddalony od zabudowań niż teraz. Od rzeki odgradzała nas łąka, na której pasły się kozy, potem były jeszcze krzaki i dopiero potem kamienisty brzeg. Wszystko zmieniło się po wybudowaniu tamy we Włocławku. Wtedy rzeka zabrała kawał lądu. W tym roku widziałam, jak brzeg w naszej okolicy był umacniany faszyną, ale to nic nie dało, woda szybko rozmyła umocnienia - opowiada nam jedna z mieszkanek ulicy. Sytuacja zmienia się z każdą godziną W środę woda zaczęła gwałtownie opadać. Wszystko dzięki rynnie wydrążonej w lodowym zatorze na wysokości Popłacina. Jednak w czwartek około południa znów do Płocka przypłynęła kra gromadząca się w okolicach Wyszogrodu i Kępy Polskiej. W piątek rano woda znów zalała ulicę Gmury i bulwar przy ulicy Rybaki. Częściowo winę za to ponosi zator, który utworzył się na wysokości Skoków, poniżej Nowego Duninowa. Wprawdzie lodołamacze rozbiły go jeszcze w czwartek, ale w piątek w Płocku wciąż były znacznie przekroczone stany alarmowe. – Wysoki stan wody wciąż utrzymuje się w Wyszogrodzie i Kępie Polskiej W Kępie było zagrożenie przerwania wałów, na szczęście do tego nie doszło. Mimo to przerzuciliśmy w rejon Kępy i Białobrzegów nasze środki: jednostki PSP, OSP i 30 strażaków z ośrodka szkolenia w Warszawie. Na szczęście nic groźnego się nie stało – mówi Jacek Starczewski. Dramatyczna sytuacja była w ubiegłym tygodniu w samym Wyszogrodzie. Woda przerwała tam wał przy ulicy Rybaki. Zalanie groziło 60 ha terenu. Ewakuowano trzy gospodarstwa. Jak relacjonował nam burmistrz Wyszogrodu Henryk Klusiewicz woda przybierała przynajmniej o 30 cm w ciągu 30 minut. Kry piętrzyły się na wysokość nawet 3 metrów. Niebezpiecznie na wysokości Rakowa. Burmistrz Klusiewicz podpisał decyzje pozwalające na ewakuację w sumie ponad 330 mieszkańców Drwał i Rakowa.
Jacek Danieluk j.danieluk@tp.com.pl
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze