Felieton Jerzy Ogonowski. Tygodnik Płocki
Wracam do tematu, któremu poświęciłem felieton przed tygodniem. Chyba nie muszę uzasadniać wyboru, ranga wydarzenia wymaga kontynuacji. Trzeba zadać pytanie o wpływ amerykańskiego dokumentu na polskie poczucie bezpieczeństwa. Wzrosło, czy zmalało? A może należy uznać, że „papier wszystko przyjmie”, a jak będzie naprawdę, czas pokaże? Obserwując reakcje przedstawicieli rodzimej „klasy politycznej” na amerykańską strategię bezpieczeństwa nie mogę napisać, że czuję się nią szczególnie zaskoczony.
Wiadomo nie od dziś, że w naszym pięknym kraju obowiązują dwa fundamentalne podejścia do kwestii bezpieczeństwa państwa. Dla dzisiejszej opozycji jedynym sojusznikiem, który może nam udzielić gwarancji „w tym temacie” są Stany Zjednoczone. Dla obecnie rządzących źródeł naszego bezpieczeństwa należy upatrywać w „Europie”, który to termin oznacza dla nich Unię Europejską. A, przepraszam! Pojawiła się ostatnio trzecia opcja, autorstwa szefa polskiej dyplomacji, który na pytanie dziennikarza, co zrobimy w przypadku ewentualnego konfliktu odpowiedział: Po pierwsze będziemy się bronić, a po drugie będziemy na pomoc wzywać sojuszników.
I tu nasuwa się szereg wątpliwości… Będziemy się bronić? Czym? Kim? Jak? Jasne, mamy mieć najsilniejszą armię lądową w Europie. Czołgi, wyrzutnie, samoloty… Ale to melodia przyszłości, a dziś czym będziemy odstraszać ewentualnego agresora? Może jak wyłożymy na stół liczne kontrakty na zakup najnowocześniejszego sprzętu, to mu „rura zmięknie”... Druga bajka to „czynnik ludzki”. W 2009 roku zlikwidowano zasadniczą służbę wosjkową. Według danych ministerstwa obrony armia polska liczy dziś 220 tysięcy żołnierzy. Ilu z nich, szczególnie dowódców różnych szczebli, wąchało proch w prawdziwej wojnie? Na froncie za wschodnią granicą walczy około miliona żołnierzy ukraińskich, ale tam przed rokiem 2022 dopiero rozpoczynał się proces uzawodowienia armii. I wreszcie powtórzę to, co już pisałem. Na Ukrainie walczy się rakietami i dronami, a my kupujemy czołgi i samoloty…
I wreszcie sojusze! Tu mamy problem. Kto nas obroni w razie potrzeby? Unia czy Ameryka? Wygląda, ze jest tak: Unia by chciała, ale nie może, Ameryka by mogła, ale pytanie czy zechce? Kto niby w Unii dysponuje dostatecznym potencjałem, by na serio wojować z potencjalnym agresorem (czytaj: Rosją)? Niemcy kompletnie rozbrojeni, z powszechnym pacyfizmem w narodzie? Anglicy? Poza Unią, czytałem że na ten moment dysponują potencjałem pozwalającym na wojowanie na lądzie przez tydzień! Francuzi? Cytowałem już w tym miejscu pewnego „suchara”, ale powtórzę dla młodszych Czytelników. Pytanie: ile biegów ma czołg francuski? Odpowiedź: trzy, dwa wsteczne i jeden do przodu. A po co ten do przodu? Aaa… To na wypadek, gdyby nieprzyjaciel zaatakował od tyłu!
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze