Reklama

Płock. Felieton - Jerzy Ogonowski. "Koalicja chętnych"

Felieton Jerzy Ogonowski. Tygodnik Płocki

W dyskusjach o zakończeniu wojny za naszą wschodnią granicą jednym z wątków jest zabezpieczenie trwałości ewentualnego porozumienia. Wydaje się przy tym, że każda realna gwarancja musi zakładać udział sił zbrojnych państw, które zechciałyby jej udzielić. W tym kontekście pojawiło się określenie zawarte w tytule niniejszego felietonu. Co się kryje pod tym sformułowaniem? Chodzi o przedstawicieli państw, które chcą silnych gwarancji bezpieczeństwa dla Kijowa i są gotowe zaangażować się w ich zapewnienie, również poprzez wysłanie, po podpisaniu traktatu pokojowego oczywiście, swoich jednostek wojskowych. 

Jeżeli ktoś obserwuje choćby pobieżnie rodzimą scenę polityczną oraz medialną, to bez trudu zauważy, że wszystkie liczące się ośrodki jednoznacznie odrzucają pomysł wysłania na Ukrainę polskich  żołnierzy! I nie byłoby o czym pisać, gdyby nie tekst w jednym z tygodników, którego autorka „nie idzie tą drogą”! Według niej „chętni koalicjanci” deklarują gotowość wysłania swoich wojaków nie dlatego, by zapewnić trwałość ewentualnego porozumienia pokojowego, ale w celu ochrony własnego interesu ekonomicznego. Tak, chodzi o wielkie pieniądze na odbudowę Ukrainy, które popłyną szerokim strumieniem po zakończeniu działań wojennych. I nasi chłopcy, zdaniem autorki, też powinni w tym towarzystwie być! 

Reklama

A że z taką wyprawą wiąże się ryzyko uwikłania w starcia zbrojne i tym samym utraty zdrowia, a nawet życia? Po pierwsze polska armia składa się wyłącznie z żołnierzy zawodowych, a taki los jest w ten zawód niejako wpisany. Po drugie udział w tego rodzaju misjach to w historii III Rzeczypospolitej nic nowego. Wystarczy wspomnieć Irak (kilkanaście tysięcy żołnierzy) i Afganistan (trzydzieści pięć tysięcy). Trudno się z autorką nie zgodzić, jednak warto zwrócić uwagę na pewne różnice między tamtymi misjami, a ewentualnym wysłaniem polskich żołnierzy na Ukrainę. 

My z Irakiem ani Afganistanem nie garniczymy i ryzyko przeniesienia powyższych  konfliktów na polskie terytorium było praktycznie zerowe. Przynajmniej w owym czasie, bo dziś widzimy, że dwa państwa oddalone o ponad tysiąc kilometrów i przedzielone kilkoma innymi krajami mogą śmiało ostrzeliwać się nawzajem rakietami i dronami. W naszym położeniu jedyną barierą, która może powstrzymać  „sympatycznego” sąsiada, czy innych agresorów, przed podobnym ostrzałem, jest  przynależność do „najsilniejszego sojuszu wojskowego w historii”. Bo jak jesteśmy chronieni we własnym zakresie, dobitnie pokazał ostatni przypadek, kiedy to dron z ładunkiem wybuchowym spokojnie wleciał na polskie terytorium i eksplodował w Osinach. Tego typu zdarzenia (wcześniej w Przewodowie czy pod Bydgoszczą) pokazują dobitnie skuteczność  wszystkich warstw obrony powietrznej, które nadal są w budowie…

Reklama

* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości