Chciałbym zapytać, czy ta niespodziewana podmiana kandydatów w trakcie wyborów była zgodna z prawem, ale nie pytają o to nawet najbardziej zapiekli obrońcy praworządności, więc i czekać na odpowiedź szkoda. W każdym razie uchroniło to nasz kraj od katastrofy w postaci awansu do II tury któregoś z kandydatów spoza układu ustalonego przy okrągłym stole. Jakąż fenomenalną intuicją wykazali się nasi szanowni wyborcy. W ogóle decyzje wyborcze Polaków dają do myślenia. Taki na przykład postępowy katolicki showman Hołownia, który chciałby pożenić chłopów z chłopami, zdobył prawie 14% głosów, zapewne rozmodlonych katolików, a inny, poważny, też katolicki kandydat, ale stroniący od dziwactw, i jeszcze do tego profesor uniwersytetu, Mirosław Piotrowski, zaledwie 0,11%. Intelektu i spójności moralnej nasi wyborcy u kandydatów raczej nie szukają. Podoba się, gdy prawi androny w rodzaju, że „nie będzie dzielił”, po czym zaraz dzieli, jak faworyt opozycji, a przy tym wielki pluralista, który nie pozwolił dziennikarzowi naszego lokalnego PetroNewsa nawet dokończyć pytania na wiecu wyborczym koło Auchan, a mimo to został nagrodzony wielkim aplauzem przez zwolenników tego nowego rodzaju demokracji. Czy wszystko z nami jest w porządku?
W ogóle wyniki, jakie uzyskali w I turze kandydaci opozycji, częściowo oczywiście głosami ateistów, ale częściej chyba głosami katolickich wyborców, powinny dawać do myślenia przede wszystkim pasterzom naszego umiłowanego Kościoła, który stawia przecież przed swoimi wyznawcami, choć oni często o tym nie wiedzą, cele większe niż szczęśliwe doczesne życie w jakiejś tam zafajdanej demokracji, w której człowiekowi nawet nie dadzą się wypowiedzieć, bo akurat ustalili, że „wybory są na inny temat”. Tak więc ci nasi katoliccy wyborcy to oryginały szczególne, co to na niedzielną mszę świętą zanoszą w sercach bez jakiegokolwiek wyrzutu poparcie dla spraw uznawanych przez Kościół za absolutnie grzeszne, jak aborcja czy związki jednopłciowe. Jednak grzeszność tych spraw, potwierdzona w katechizmie, Piśmie Świętym, a nawet w stanowisku Kongregacji Nauki Wiary z 2003 roku, wcale nie przeszkadza im głosować na kandydatów, którzy legalizacją wstrętnego Bogu grzechu nierządu homoseksualnego jawnie i złośliwie występują przeciw nauce Ewangelii.
I co na to czcigodni pasterze (w parafiach i w Episkopacie)? Wyciągną z tego jakieś wnioski, czy nadal z gitarą w ręku będą robić tę swoją infantylną „nową ewangelizację”, której, jak na razie, jawnym skutkiem jest to, że katolik po 12 latach katechizacji w szkole najczęściej zostaje antykatolikiem (mimo, oczywiście, szóstki z religii) i głosuje na antykatolickie programy polityczne, bo przecież każdy ma prawo do „własnego systemu wartości”. Tego nauczył go w międzyczasie poprawnościowy medialny bełkot, któremu stara się ze wszystkich sił dotrzymać kroku. I z tego powodu spójność wyznawanej wiary i poglądów politycznych nie jest dla niego żadną koniecznością, a religię traktuje ze śmiertelną powagą jako sprawę prywatną, mimo przynależności do Kościoła, wspólnoty całkowicie publicznej. Nie jest też koniecznością dla polityków lub kandydatów na polityków, też przecież często członków Kościoła, którzy występują całkiem otwarcie z ofertą programową, która godzi w „program” religijny ich samych oraz ich wyborców. Widać, że 30 lat transformacji wywindowało nasz naród na wysoki poziom społecznej schizofrenii, dlatego wynik wyborów pozostaje wciąż sprawą otwartą. Niezależnie jednak, kogo wybierzemy w niedzielnych wyborach, za każdym razem o przyszłym losie Polski zdecydują głosy katolickich wyborców, członków tego samego Kościoła. O tempora, o mores!
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze