Jest to problem, z którym od wielu lat nikt nie może sobie poradzić. Młodzi ludzie, którzy wieczorami nie bardzo mają co ze sobą zrobić, wybierają sobie takie miejsca pod blokami, gdzie stawiają ławeczki i przesiadują długo w nocy. Często towarzyszą tym „biesiadom” śmiechy, hałas, głośne rozmowy, czasami alkohol. Trudno się dziwić, że lokatorzy mieszkań położonych blisko takich skupisk młodzieży często wydzwaniają do policji i straży miejskiej z prośbą o pomoc.
Pani E. mieszka na parterze bloku na osiedlu Podolszyce. Właśnie pod jej balkonem upodobali sobie miejsce na wieczorne nasiadówki młodzi ludzie. – Dla mnie to jest koszmar – opowiada. – Mieszkam sama i nie da się ukryć, że nie radzę sobie w tej sytuacji. Wszystko zaczęło się w kwietniu 2011 roku i od tego momentu nie zaznałam spokoju, jestem na skraju wyczerpania nerwowego. Pod moimi oknami spotykają się młodzi ludzie, piją alkohol, na co dowodem są butelki po wódce i piwie porozrzucane pod murem, włamania do piwnicy i wieczny hałas. Do tego dochodzi smród, bo bywa, że załatwiają tam potrzeby fizjologiczne.
Trudno się w tej sytuacji dziwić, że samotna kobieta boi się kilku młodych, silnych ludzi, którzy właśnie sąsiedztwo jej balkonu wybrali sobie na miejsce wieczornych spotkań. Trudno się też dziwić, że pani E. w takiej sytuacji dzwoni na policję lub straż miejską z prośbą o pomoc. Niestety, na tę pomoc już liczyć nie może.
I opowiada o tym, co ją spotyka. – Dzwonię, przyjeżdżają strażnicy, rozpędzają grupę młodych ludzi, którzy potem zostają ukarani. Albo inna sytuacja: podjeżdża radiowóz i w tej samej chwili oni się rozbiegają. Policjant świeci latarką, ale nie ma już nikogo, zostają tylko puste butelki. Ileż ja razy prosiłam policjanta, by został w moim domu i wtedy będzie mógł ich złapać na gorącym uczynku. Nic z tego, nie chcą mnie słuchać. Nawet mi nie wierzą. Pokazałam, że włamali mi się do piwnicy, ale traktują to tak, jakbym to ja sama zrobiła. Czują smród trawki, nikotyny, ale wychodzi na to, że ja stoję na balkonie i wypalam potężną ilość tych używek, a potem wzywam policję. Ja już nie mam siły walczyć, bo nie dosyć, że mam wrogów w tych młodych ludziach, to ostatnio także w policji.
Pani E. nie ukrywa, że bardzo często dzwoni, a właściwie dzwoniła z prośbą o pomoc. Zresztą gdzie się miała udać starsza, samotnie mieszkająca kobieta? Teraz na pewno nie zadzwoni po policję, bowiem okazało się, że został skierowany przeciwko niej wniosek do Sądu Rejonowego w Płocku, do Wydziału II Karnego Sekcji ds. Wykroczeń o to, że „działając ze złośliwości poprzez przekazywanie telefonicznej do dyż. KMP Płock nieprawdziwej informacji o gromadzących się pod balkonem osobach zakłócających ciszę nocną i zażywając narkotyki spowodowała niepotrzebną czynność patrolu Policji” (pisownia oryginalna wniosku).
Wcześniej wyliczone są interwencje, sześć z kwietnia i dziewięć z maja 2011 roku, wszystkie w okolicy północy. Na dodatek w wezwaniu do pani E. napisano, że jej obecność na rozprawie jest obowiązkowa pod rygorem przymusowego doprowadzenia. Słowem, to pani E. jest tu sprawcą wykroczenia, który będzie musiał się tłumaczyć ze złośliwego wzywania patrolu, a nie młodzi ludzie zakłócający spokój, nie tylko jej, także sąsiadów.
Rozprawa zapowiada się ciekawie, bo to jeden z niewielu, jeśli nie jedyny taki przypadek w Płocku. Potwierdzili nam to funkcjonariusze płockich służb mundurowych, które wzywane są w takich sytuacjach na interwencje.
Komendant Straży Miejskiej Andrzej Wochowski wyjaśnia, że przypadki wzywania jego służb do zakłócających ciszę nocną młodych ludzi są bardzo częste. – W każdej sytuacji, gdy mieszkańcy wzywają strażników, po stwierdzeniu, że jest zakłócenie porządku, można wszcząć postępowanie mandatowe albo sprawców pouczyć. Zdarzają się takie sytuacje, że jeździmy w te same miejsca, a bywa często tak, że jak podjeżdżamy, to już nikogo nie ma, bo się rozbiegają.
Na prośbę o komentarz w sprawie wniesienia wniosku przeciwko mieszkance lokalu, w sąsiedztwie którego młodzież znalazła sobie miejsce do spotkań, komendant stwierdził: – Nie przypominam sobie takiego przypadku. My nie doszukujemy się w takiej sytuacji bezpodstawności. Z doświadczenia wiemy, że niektóre osoby są nadwrażliwe i dzwonią w błahych przypadkach, ale i tak podejmujemy interwencję. Bo co z tego, jak nikogo już nie ma we wskazanym miejscu, skoro stoją tam puszki po piwie. Wierzymy, że interwencja jest wskazana także wtedy, gdy takich śladów nie ma.
W podobnym tonie wypowiada się także oficer prasowy KMP w Płocku Krzysztof Piasek. – Takie interwencje podejmujemy codziennie i za każdym razem, gdy zostajemy poinformowani o zdarzeniu, jedziemy na miejsce i sprawdzamy, co się dzieje. Zwykle tłumaczą się, że nie mogą siedzieć na klatce, obok klatki, ani na ławeczce w pobliżu, bo zawsze komuś to przeszkadza. Najczęściej takie zgłoszenia się potwierdzają, ale jak dojeżdżamy, to oni się rozchodzą. No chyba, że jest jakaś bójka, wtedy potrzebna jest interwencja, podjeżdżamy, legitymujemy.
Na pytanie o złośliwe wzywanie policji K. Piasek odpowiada: – Zdarzają się sporadycznie takie przypadki, ale skoro sprawa została skierowana do sądu, to jest na pewno dobrze udokumentowana. Teraz decyzję będzie musiał podjąć sąd i ocenić, kto ma rację.
Sprawa w sądzie odbędzie się w lutym. (Jol.)
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze