Reklama

Nie można było czekać

07/11/2013 10:10
Z burmistrzem Raciąża Mariuszem Godlewskim o trupach w szafie, zmianach personalnych, ratowaniu miejskiej spółki i przyszłorocznych wyborach rozmawia Grzegorz Szkopek
Panie burmistrzu, minęło niemal osiem miesięcy od objęcia przez pana funkcji włodarza miasta. Zdążył pan się zadomowić na nowym stanowisku?
– Trudno powiedzieć, że się zadomowiłem, ale jest wiele rzeczy, które udało się poukładać i zaczynają funkcjonować w normalnym sposób. To już nie burmistrz musi np. ręcznie sterować, czy PGKiM posprzątał park czy nie, albo toczyć rozmowy z nauczycielami czy pracownikami domu kultury na tematy, które powinny zostać załatwione w tych instytucjach. Są prezesi, dyrektorzy tych placówek i to oni podejmują większość decyzji. Nie o wszystkim musi decydować burmistrz. Od tej strony zaczyna to działać normalnie. Ale o zadomowieniu raczej nie można mówić. Zresztą na tym stanowisku chyba nie można się zadomowić.
Po objęciu stanowiska sporo pan mówił o trupach w szafie zostawionych przez poprzednika. Udało się je wszystkie odkryć i jakoś z nimi poradzić?
– Niestety nie. Niektóre zaszłości udało się naprawić. Ale pojawiają się kolejne, np. kwestia modernizacji ośrodka zdrowia i sprawy związane z jej dofinansowaniem. Poprzedni burmistrz miał zapewnienie o dofinansowaniu z Mazowieckiej Jednostki Wdrażania Programów Unijnych. Prace zostały podzielone na dwa etapy. Pierwszy to 300 tys. zł, kolejny to już milion zł. Tyle że w umowie dotyczącej dofinansowania znalazł się punkt, iż miasto nie może czerpać korzyści finansowych z ośrodka zdrowia. I poprzedni burmistrz, jeszcze w ubiegłym roku, zapewnił, że miasto nie będzie czerpało takich korzyści. Tymczasem w ośrodku są dwa prywatne gabinety, które płacą miastu. Na etapie zawierania umowy można to było załatwić w prosty sposób. Tymczasem teraz odkręcenie tej sprawy kosztowało sporo wysiłku. Gdyby się nie udało mogliśmy stracić dofinansowanie.
Skoro tyle czasu poświęca pan na powiedzmy sprzątanie po poprzedniku, to czy starcza go jeszcze na zrobienie czegoś nowego dla Raciąża?
– Staramy się robić nowe rzeczy. Złożyliśmy wniosek o dofinansowanie remontu domu kultury i dostaliśmy te pieniądze. Projekt opiewa na 360 tys. zł. Będzie remont dachu i sali widowiskowej. Przystąpiliśmy do niewielkiego projektu, jakim jest zorganizowanie jarmarku raciąskiego, podczas którego miejscowi twórcy oraz przedsiębiorcy będą mogli zaprezentować swoją działalność. Robimy to w porozumieniu z gminą Raciąż. Również w partnerstwie z gminą chcemy kupić scenę do domu kultury.
Z poważniejszych przedsięwzięć to budowa chodników i parkingów na ul. Kilińskiego i Konarskiego. Ale tutaj też pojawił się problem. W budżecie na ten rok, na to przedsięwzięcie, było zarezerwowane 60 tys. zł. Tymczasem po wycenie okazało się, że potrzeba ponad 300 tys. zł. Zdecydowaliśmy więc o zrobieniu chodników. W kolejnych latach chcemy sukcesywnie budować tam parkingi. Mamy też założenia na przyszły rok. To np. kanalizacja i wodociąg na Kilińskiego oraz zmodernizowanie pompowni ścieków na osiedlu Jana Pawła II, żeby nie były zalewane już piwnice.
Spore problemy miasto ma z miejską spółką PGKiM. Firma ma nowego prezesa, trzeba było wziąć 1,5 mln zł kredytu na jej ratowanie.
– Spółka miała ok. 1,2 mln zł zobowiązań wobec kontrahentów plus kredyty. Policzyliśmy, ile potrzeba pieniędzy, żeby zrestrukturyzować zadłużenie. To spółka bierze kredyt. To prawda, że miasto go poręcza, ale spłacać będzie go spółka. Ten kredyt zostanie przeznaczony na zapłacenie zaległości związanych np. z energią czy ZUS-em.
Ale jednak będzie to kolejny kredyt. Czy w takiej sytuacji warto ratować spółkę?
– Moim zdaniem spółka przynosiła straty dlatego, że była źle zarządzana i był nad nią zły nadzór. Spółka posiada duży majątek miejski. To ok. 10 mln zł. Przesłanką do upadłości jest trwałe niespłacanie swoich długów, co właściwie w spółce nastąpiło. Natomiast w wypadku ogłoszenia upadłości wszedłby syndyk i miasto straciłoby kontrolę nad swoim majątkiem. I mogło dojść do tego, że jakaś firma za zobowiązania spółki przejmuje majątek wart wielokrotnie więcej. A my tracimy wpływ na jakiekolwiek decyzje, np. w sprawie cen wody.
Będziemy bardzo pilnowali tego, żeby obecny kredyt poszedł na spłatę zobowiązań. Mimo że spółka weźmie nowy kredyt, to tak naprawdę zadłużenie się nie zwiększy.
Czyli jest pan zdeterminowany, żeby ratować spółkę. A czy ma pan taką samą determinację, żeby dokładać do niej pieniądze z miejskiej kasy? W końcu miasto jest jedynym właścicielem PGKiM, a plan naprawczy może od razu nie zaskoczyć.
– To jest pytanie, które zadaliśmy Radzie Miejskiej. Sytuacja finansowa będzie wynikała z decyzji np. o ustaleniu cen ścieków, wody. To jest problem: czy trzymamy niskie  ceny na wodę, czy ją podnosimy. To jest pytanie do radnych, czy zgadzają się na pokrywanie z miejskiej kasy różnicy między faktycznymi kosztami a tymi, które płacą mieszkańcy.
Mamy gorący okres planowania budżetów na przyszły rok. Czy mieszkańcy Raciąża mogą spodziewać się podwyżek cen wody, ścieków?
– Jeśli chodzi o ceny wody, to myślę, że nie powinny one wzrosnąć. Ani ja, ani radni nie zgodzimy się na drastyczne podwyżki. Z drugiej strony ktoś będzie musiał spółce wyrównać różnicę między faktycznymi kosztami a dochodami. Myślę, że będzie to w formie dotacji z budżetu miasta. Czeka nas dodatkowo modernizacja oczyszczalni ścieków, za którą ktoś musi zapłacić. Ale na pewno nie zgodzimy się na podwyżki na poziomie 30 proc. Moim zdaniem niedobrze się stało, że spółka przez wiele lat nie proponowała niewielkich podwyżek.
Mówi pan o problemach, jakie zastał po poprzedniku. Ale przecież był pan miejskim radnym. Nie wiedzieliście, co się dzieje?
– Wiedzieliśmy, ale nie wszystko. Jeżeli chodzi o mienie komunalne, to nadzór sprawuje burmistrz. I my mogliśmy tylko prosić, rozmawiać. Jeśli mówiliśmy, że w bilansie są błędne kwoty, że są niezgodności, to tylko mówiliśmy. Burmistrz i tak podpisywał, że jest wszystko w porządku. Prosiliśmy o programy naprawcze dotyczące spółki, zmianę prezesa. Mogliśmy jednak tylko prosić. Nie mieliśmy żadnych narzędzi, żeby to wyegzekwować. Jako rada składaliśmy doniesienia do prokuratury, ale to było nasze jedyne narzędzie prawne. Nie wszystko też wiedzieliśmy.
Pod miasto podlegają PGKiM, szkoły, centrum kultury. We wszystkich tych instytucjach zostało zmienione kierownictwo. Nie boi się pan zarzutu, że zrobił pan czystkę?
– Tak naprawdę dokonałem tylko jednej zmiany personalnej. Odwołałem dyrektora MCKSiR. Spotykałem się z nim kilkakrotnie i mówiłem czego oczekuję. Niestety efektów nie było, np. w kwestii pozyskania funduszy zewnętrznych. Obecny dyrektor zdobył więcej pieniędzy w dwa tygodnie niż poprzedni przez kilka lat.
Natomiast prezes PGKiM został odwołany przez Radę Nadzorczą, gdy jeszcze nie byłem burmistrzem. Dyrektor szkoły złożył rezygnację, gdy nie piastowałem funkcji burmistrza. To ja przedłużyłem dyrektorowi szkoły okres zatrudnienia, bo nie chciałem zamieszania podczas egzaminów.
Co do zmian personalnych, to słyszę zarzuty, że jest ich zbyt mało. Starałem się przyglądać pracy ludzi i dokonywać zmian, jeśli jest to konieczne.
Jednym z poważnych problemów Raciąża jest duże bezrobocie. Czy jest jakaś szansa na jego rozwiązanie?
– To prawda, że mamy sporą grupę bezrobotnych. Ale z drugiej strony patrząc na twarde wskaźniki, to w Raciążu nie jest gorzej niż w innych miejscowościach. Problem jest taki, że wielu mieszkańców przyzwyczaiło się, że miasto zajmuje się wszystkim, czyli też organizowaniem zatrudnienia.
Z jednej strony jest rzeczywisty problem z pracą, tak jak w całej Polsce. A z drugiej, gdy mamy oferty pracy, to trudno znaleźć chętnych. Np. niedawno była oferta firmy z Żyrardowa, która chciała zatrudnić 120 osób, gwarantowała dojazd. Zaledwie jedna osoba wyraziła zainteresowanie pójściem na spotkanie, a w ciągu dwóch miesięcy odwiedza mnie 100–120 osób w sprawie pracy. Kolejny przykład: gdy w spółce pojawił się nowy prezes i zaczął wymagać solidnej pracy, to od razu 10 osób, czyli 30 proc. załogi, poszło na zwolnienia lekarskie. Czy to jest myślenie o swojej pracy?
Trzeba szukać rozwiązań tego problemu. Mogą to być np. programy aktywizacji zawodowej. Ale nie takie programy, że zatrudniamy 150 osób, które się snują po mieście. Próbujemy ze spółdzielnią socjalną. Czy się uda? Zobaczymy.
Nie boi się pan, że podejmowanie niepopularnych decyzji odbije się tym, że przegra pan wybory w 2014 r.?
– Oczywiście jest taka możliwość, ale nie mam innego wyjścia. Mogę nic nie robić i czekać, aż miasto zostanie zlicytowane. Albo próbować nie dopuścić do tego. Wybrałem tę drugą drogę. Jak to ocenią mieszkańcy? Mam nadzieję, że dostrzegą nasze działania.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości