Każdego roku, część budżetu miasta musi zostać przeznaczona na naprawę szkód popełnianych przez wandali. Nie ma prawie dnia, by gdzieś nie zostały uszkodzone ławki, wyrwane z rabat rośliny, pomalowane farbami mury. Niestety ludzie swoje niezadowolenie wyrażają na wszystkim, także na pomnikach. Tylko w ubiegłym roku koszt prac konserwatorskich polegający na likwidacji zamalowań i rys dwóch rzeźb lwów, zlokalizowanych przy wejściu do Ratusza, wyniósł 6 tys. zł.
Nie pomaga stały monitoring newralgicznych punktów miasta, patrole strażników miejskich i policjantów. Wandale są i pewnie będą, choć trudno zrozumieć, komu mogą przeszkadzać lwy?
Najczęściej niszczone są w mieście ławki oraz kosze uliczne. Tylko w ciągu pięciu ostatnich miesięcy, od 1 stycznia do 31 maja 2012 roku na naprawę i malowanie zniszczonych ławek z budżetu miasta wydatkowano ponad 10 tys. zł, a trzeba przypomnieć, że sezon spacerów dopiero się rozpoczął, wcześniej pogoda nie sprzyjała wędrówkom po parkach. Ponad 11 tys. zł trzeba było wydać, dodajmy z naszych wspólnych budżetowych pieniędzy na naprawę koszy ulicznych na odpady, urządzeń zabawowych, dystrybutorów torebek na psie odchody i likwidację graffiti. Tylko samo uzupełnienie szyb wiat przystankowych oraz ich naprawa, kosztowało podatników ponad 22,5 tys. zł. Nie dość, że większość przystanków wygląda, delikatnie mówiąc nie najlepiej, to jeszcze są one niszczone, malowane, oblepiane plakatami i oblewane żrącymi płynami, nie dającymi się w żaden sposób zmyć, pozostawiającymi na ławeczkach trwałe ślady.
Całą epopeję można napisać o szkodach, które powstają na Starym Rynku, miejscu odwiedzanym przez turystów, przez widok którego jesteśmy oceniani jako płocczanie. Nie mamy takiej Starówki jak Wrocław czy Kraków, ale warto byłoby zrobić wszystko, by chwalić się naszą lokalną. Tymczasem trzeba wydawać dziesiątki tysięcy złotych, by likwidować dewastacje dokonane przez wandali tylko na Rynku. Niemal bez przerwy trzeba naprawiać tam słupki blokujące wjazd, kwiatoniery, nakrywy cieków, ogrodzenia zegara słonecznego. Do tego dochodzi konieczność przywracania normalnego stanu rzeźbom i pomnikom ustawionym w centrum miasta, które niszczone są przez malowanie i rysowanie ostrymi narzędziami. Większość tych szkód jest zwykle szybko zauważona, przede wszystkim przez pracowników mienia komunalnego i natychmiast usuwana. Warto jednak pamiętać, że akty wandalizmu są także zgłaszane na Policję, która ściga, a potem karze sprawców.
Wydawać by się mogło, że łupem wandali padają także urządzenia drogowe. A jednak, jak wynika z doświadczeń, wszystkie tego typu urządzenia ulegają zniszczeniu w wyniku kolizji lub wypadków. Bez względu jednak na to, z jakiego powodu uległy zniszczeniu znaki drogowe i tak trzeba je naprawić.
Wymiana uszkodzonego znaku drogowego to koszt od 100 do 300 zł, sygnalizatora świetlnego od tysiąca do nawet 4 tys. zł, co jest uzależnione od skali zniszczeń i typu urządzenia. Najdroższe w naprawie są uszkodzenia ekranów akustycznych. Naprawa jednego elementu to koszt nawet kilku tysięcy zł. Trzeba jednak w tym miejscu dodać, że w przypadku zdarzeń drogowych koszty związane z naprawą urządzeń są pokrywane z polisy OC sprawców. Na szczęście uszkodzenia znaków drogowych przez wandali polegają najczęściej na umieszczeniu na tarczy znaków, czy słupków tak zwanych „wlepek”. Chodzi o niewielkie naklejki, które są niezwykle uciążliwe do usunięcia. Choć bardzo trudno je usunąć, to jednak nie jest w tych przypadkach konieczna wymiana znaku.
Plakat tylko na słupie
Prawdziwą plagą, zresztą nie tylko w Płocku, jest nielegalne umieszczanie reklam w pasach drogowych. Wiele firm, które także można określić mianem wandali, rozkleja na masową skalę kilkaset plakatów na latarniach, sygnalizatorach świetlnych, przystankach autobusowych, a także na drzewach. Dotyczy to głównie firm oferujących pożyczki.
Kiedy w mieście pojawia się cyrk, wesołe miasteczko lub jest organizowana jakaś giełda, zazwyczaj pojawiają się w pasach drogowych duże, nielegalne reklamy na latarniach. Miejski Zarząd Dróg w ostatnich trzech miesiącach
wszczął kilka postępowań administracyjnych w stosunku do firm rozwieszających nielegalne plakaty na terenie Płocka. Warto dodać, że kary z tego tytułu są dotkliwe i sięgają w sumie kilkunastu tys. zł, a wina jest łatwa do udowodnienia. Sankcjami karnymi objęte jest także nielegalne rozklejanie plakatów na zlecenie firm przez osoby fizyczne, które w ten sposób popełniają wykroczenia.
W ubiegłym roku najwięcej było aktów wandalizmu związanych z uszkodzeniami osłon na drzewach, zainstalowanych w listopadzie 2012 roku. Dlaczego właśnie drzewa i ich osłonki stały się przedmiotem zniszczeń wandali, nie wie nikt, dość powiedzieć, że wandale wyrywali paliki i niszczyli folię ochronną. Osłony zostały odtworzone i może nie są to wielkie wydatki, jedna kosztuje około 100 zł, ale dlaczego właśnie taki cel obrali sobie wandale?
Co ciekawe, nie zanotowano aktów wandalizmu w amfiteatrze, być może z tego powodu, że ludzie tu przychodzą się bawić, a nie niszczyć. Poza tym obiekt jest pod stałą ochroną i monitoringiem. Podobnie jest na Sobótce, gdzie zanotowano nieliczne zniszczenia, za to sporo środków musiało być przeznaczonych na sprzątanie plaży. Więcej pieniędzy trzeba przeznaczyć również na wzmożone sprzątanie i czyszczenie płyt nawierzchni Starego Rynku. Trudno się jednak dziwić, jeśli tysiące płocczan biorą udział w imprezach.
To oczywiście nie wszystkie działania wandali. Skutki niektórych zachowań widać na klatkach schodowych osiedli mieszkaniowych, na placach zabaw przed blokami, tam też trzeba regularnie wymieniać ławki, śmietniczki, piasek w piaskownicach. O malowaniu klatek schodowych nawet nie ma co wspominać. Plagą jest także zachowanie wandali w autobusach komunikacji miejskiej, gdzie naprawa uszkodzonych drzwi przez osoby stwarzające zagrożenie, są na porządku dziennym. W jednym tylko przypadku, zanotowanym w tym roku, trzech młodocianych pasażerów podczas przeprowadzanej kontroli biletów, chcąc uniknąć opłaty karnej, wyrwało tylne drzwi i zbiegło z miejsca zdarzenia. Koszt naprawy wyniósł 1239,84 zł. Trudno się dziwić, że kontrolerzy wolą omijać takie osoby szerokim łukiem, bo koszty starcia z nimi są znacznie wyższe niż kara za przejazd bez biletu.
Jola Marciniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze