Reklama

Nie jest spokojnie

04/05/2006 15:13
Pożar, zaginione dzieci, grupy wyrostków hałasujące na osiedlach, młodzi ludzie pijacy alkohol w samochodach, studenci wyładowujący stresy na ulicznych śmietnikach i budkach telefonicznych – tak wyglądał weekendowy wieczór na płockich ulicach. Nad tym wszystkim próbują zapanować policjanci. Najszybciej reagują gdy informacja o zakłóceniu spokoju przychodzi z centrum monitoringu w Ratuszu. Wtedy wiadomo dokładnie, ilu jest podejrzanych, co robią, w jakim kierunku idą. Gorzej, jeśli nie ma pomocy ze strony policjantów obserwujących monitory i po zgłoszeniu trzeba kluczyć po ulicach i dopasowywać wygląd przechodniów do opisów podawanych przez świadków zdarzeńPierwsze zadanie dla Jacka i Piotra, policjantów z patrolu któremu towarzyszę, jest proste. W jednym z domków jednorodzinnych na Winiarach wybuchł pożar. Na miejscu są już strażacy. Kiedy dojeżdżamy na miejsce ogień jest ugaszony. Według strażaków przyczyną pożaru była nieostrożność przy rozpalaniu w piecu. Właścicielka domu rozpaliła w piecu znajdującym się w piwnicy. Nie zwróciła uwagi, że tuż obok leżą stare gazety i suche igliwie. Po kilku minutach wspólnie z córką poczuły, że po domu rozchodzi się dym. Kiedy zajrzały do piwnicy, wszystko było jasne. Pozostało wezwać strażaków i uciec z domu. Ratownicy poradzili sobie szybko z ogniem. Remont piwnicy i instalacji elektrycznej zajmie trochę czasu i pochłonie sporo pieniędzy. Na szczęście nikomu nic się nie stało.
W czasie kiedy policjanci, zabezpieczają miejsce pożaru, w radiostacji słychać kolejne polecenia innym patrolom. Funkcjonariusze mają zająć się grupą młodych ludzi, inni muszą ustalić mieszkanie przy Padlewskiego, w którym jest zbyt głośna impreza, a z okien lecą butelki.

Gdzie są nasze dzieci?
Minęła godzina 22.00. Właśnie odjeżdżamy z Winiar, kiedy oficer dyżurny płockiej komendy ma kolejne zadanie. Rozmawiał z wystraszaną mieszkanką osiedla Kolegialna. Kobieta twierdzi, że jej dwunastoletnia córka wraz z koleżanką pojechała za Płock i do tej pory nie wróciła.
– Wyjaśnijcie na miejscu o co dokładnie chodzi. Kobieta jest strasznie zdenerwowana – słyszymy przez radio.
Na miejscu do radiowozu podchodzą trzy kobiety. Zaczynają mówić wszystkie naraz. Nagle z dwójki zaginionych dzieci robi się czworo. W pierwszej chwili wyłapujemy jedynie informację, że najmłodsze ma sześć lat i od zaginięcia minęło kilka godzin. Jacek stara się uspokoić sytuację i przede wszystkim uzyskać informacje o dzieciach.
Historia jest zawiła, ale w końcu udaje się ustalić fakty. Po południu córka mieszkanki Osiedla Kolegialna, dwunastoletnia Ewa, razem z koleżanka Anią pojechały do Biskupic pod Płockiem. Dziewczynki miały odwiedzić starszą siostrę Ewy, Katarzynę. Na miejsce dotarły i spotkały się z dziećmi teściów Katarzyny, dwunastoletnią Agnieszką i sześcioletnia Justynką. Ponieważ Ewa miała zostać na noc u siostry, dziewczynki postanowiły, że odprowadzą na przystanek Anię, która musiała wrócić do Płocka. Cztery dziewczynki wyszły na przystanek. Zapadła noc ale nie powróciły do domu. Wtedy ich rodzice zaczęli się kontaktować miedzy sobą. W końcu matka Agnieszki i Justynki oraz siostra Ewy przyjechały do Płocka. Gdy okazało się, że dzieci nie ma, spanikowane kobiety poprosiły o pomoc policję. Same niestety nie mogły zadzwonić do domu w Biskupicach, ponieważ jak twierdziły miały tylko telefony komórkowe „na kartę” i akurat skończyły się środki z doładowania.
Policjantom udało się dodzwonić do Biskupic. Okazało się, że dziewczynki odprowadziły Anię na autobus i wróciły do domu. Wszystko skończyło się więc szczęśliwie.
– Drogie panie, dzieci w tym wieku nie można pozostawiać bez opieki. Sześciolatkę trzeba trzymać za rękę, nawet idąc do sklepu po bułki – Jacek próbuje taktownie wyjaśnić kobietom, że popełniły błąd pozwalając dzieciom na tak dalekie, samotne wyprawy.
Wszystkie panie nie kryją radości, że dzieci się odnalazły i przepraszają policjantów za zamieszanie. Możemy jechać dalej, tym bardziej, że oficer dyżurny ma kolejne zadanie.

Owczarki w akcji
Na boisku przy szkole na Gradowskiego jest grupa młodych mężczyzn. Zachowują się głośno, co nie podoba się mieszkańcom pobliskich bloków. Nic dziwnego, minęła właśnie 23.00. Ponieważ z relacji osoby zgłaszającej wynika, że grupa jest duża, na miejsce zostaje wysłany jeszcze jeden patrol, złożony z dwóch przewodników z psami.
– Będziecie działać razem, ustalcie czas dojazdu, żeby żaden nie uciekł – rzuca przez radio dyżurny. Jacek wywołuje przewodników. Okazuje się że są już prawie na miejscu, muszą jedynie założyć kagańce swoim owczarkom.
– Podjedź od Kilińskiego, tam jest płot, przez który mogą uciekać, kiedy wejdziemy na boisko – mówi jeden z przewodników.
Wjeżdżamy na jeden z parkingów przy Kilińskiego. Kiedy pokonujemy wspomniany płot, pod ścianą szkoły widzimy już trzynastu około dwudziestoletnich mężczyzn. Stoją grzeczni z podniesionymi rękoma. Kiedy tylko któryś z nich próbuje się odwrócić, policyjne owczarki warczeniem dają do zrozumienia kto tu teraz rządzi.
– Nawet gdbyśmy weszli na boisko we czterech, to ci stojący teraz pod ścianą młodzieńcy po prostu by się rozeszli, wszystkich byśmy nie wylegitymowali. Widok psów studzi zapał do ucieczki – mówi Jacek przygotowując się do legitymowania.
Kiedy kolejni młodzieńcy podają swoje dane, policjanci tłumaczą im: – Panowie jeśli rano w tej szkole będzie wybita chociaż jedna szyba, to będziecie przesłuchiwani jako pierwsi. Dlaczego siedzicie na boisku szkoły zamiast iść do jakiegoś pubu a potem grzecznie do domu.
A gdzie mamy siedzieć jak nie ma pieniędzy i ciekawego zajęcia – próbuje tłumaczyć jeden z chłopaków.
Ci którzy zostali już wylegitymowani, pod czujnym okiem policyjnych owczarków biorą się za sprzątanie boiska. Po ich „imprezce” zostało sporo papierów, reklamówek oraz butelek i puszek po piwie. Na boisku zjawia się ojciec jednego z młodzieńców. Po zakończonym legitymowaniu zabiera syna do domu, gdzie zanosi się, za namową policjantów, na męska rozmowę. Dwóch z „nocnych imprezowiczów” zostaje ukaranych mandatami za picie alkoholu w miejscu publicznym, dwóch innych stanie przed Sądem Grodzkim, za zaśmiecanie miejsca publicznego.
Po zakończeniu akcji przy Gradowskiego przychodzi czas na sprawdzenie parkingów na Międzytorzu. Tu jest spokojnie. Za to w radiostacji cały czas słyszymy, że po północy życie kwitnie na Starym Mieście. Właśnie kilku mężczyzn pije alkohol przy samochodzie zaparkowanym tuż pod oknami Pałacu Biskupiego. Imprezę przerywa wysłany na miejsce patrol.

Student chce wiedzieć
Właśnie minęła godzina 1.00. Jacek z Piotrem liczą na kilkunastominutową przerwę, zapisaną w planie służby. Na mieście zaczyna się robić spokojniej, więc jest szansa na łyk kawy.
– Na 3 Maja dwóch mężczyzn wyrwało słuchawkę w budce telefonicznej idą w kierunku Kilińskiego, zatrzymajcie ich – to oficer dyżurny z kolejnym zadaniem.
Jesteśmy na Jachowicza, błyskawicznie dojeżdżamy na miejsce, ale o obecności wandali świadczy jedynie śmietnik do segregacji odpadów stojący na środku jezdni. Zaczynamy poszukiwania, bez skutku, o czym Jacek informuje dyżurnego.
– Dwóch mężczyzn o opisanym wyglądzie jest na przejściu miedzy ZUS-em i Stanisławówką. Jeśli jesteś daleko, zatrzymam ich – słyszymy w radiostacji inny patrol. Dziękuję, właśnie wyjeżdżam z Kilińskiego w Jachowicza, już ich widzę – odpowiada Jacek i przyspiesza policyjnym volkswagenem.
Dwaj młodzi mężczyźni, jak się okazuje studenci, zostają zaproszeni do radiowozu i jedziemy na 3 Maja. Po drodze tłumaczą, że oni nie zniszczyli żadnego telefonu, nie widzą tez nic o wypchniętym śmietniku. Okazuje się, że rzeczywiście telefony są sprawne. Za to na śmietniku został wyraźny ślad po butach jednego z zatrzymanych.
– Panowie, może to nie jest odpowiednia chwila, ale ja studiuję socjologię i właśnie piszę pracę magisterską o waszej pracy. Czy możecie mi powiedzieć czy od godziny 18.00 do 24.00 zatrzymujecie dużo takich ludzi jak ja – w głosie studenta wyraźnie słychać zmęczenie wywołane alkoholem.
– Na to pytanie nie mogę panu odpowiedź – wyjaśnia Piotr spisujący dane osobowe mężczyzn.
Interwencja kończy się ukaraniem mężczyzny, który wypchnął śmietnik na jezdnię, mandatem w wysokości 300 złotych za spowodowanie zagrożenia w ruchu drogowym.
Mija godzina 2.00, na ulicach Płocka robi się coraz spokojniej, spadają pierwsze krople deszczu. Jackowi i Piotrowi do końca służby zostały jeszcze ponad trzy godziny, ale teraz powinno być już mniej interwencji.

Jacek Danieluk
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości