Reklama

Naszej cywilizacji grozi kataklizm ? - Proroctwa Indian Nawajo

08/11/2000 15:18
Któż z nas, będąc dzieckiem, nie czytał zmyślonych przez Karola Maya przygód Winnetou, Coopera – "Przygód Sokolego Oka", czy "Łowców..." Curwooda? Fascynowały egzotyką, innością kultur, wartką akcją, pięknem opisu przyrody amerykańskiej, nieustającą walką o przetrwanie rdzennych tubylców w walce z białymi, którzy jak fala przypływu oceanu zalewała świeżo odkryte ziemie, aby je sobie podporządkować.To nieprawda, że zdobywcom przyświecał zbożny cel nawrócenia „dzikich”, jak ich nazywano, na wiarę chrześcijańską, choć z pewnością i taki zakładano. Głównym zadaniem było jednak podbicie terytoriów zamorskich i maksymalne ich wykorzystanie, bo biały człowiek hołduje jednej zasadzie – „mieć za wszelką cenę”. Takie i inne jeszcze tezy, o których za chwilę, przedstawił na spotkaniu z Polonią, w polskiej księgarni „Golden Bookstone” w Chicago, „Dziki Metek” z Arizony, członek kasty kapłańskiej Indian Nawajo. Żeby było ciekawiej, już na wstępie podam, iż „Dziki Mietek” faktycznie nazywa się Mieczysław Sobczak i jest Polakiem, żyjącym od ponad 20 lat wśród Indian. Według jego opinii, Nawajo (główne plemiona – Hopi i Cuwa) zamieszkują w rezerwacie obejmującym powierzchnię ¾ obszaru dzisiejszej Polski, choć całość ich populacji nie przekracza 300 tys. osób. Rezerwat dzieli się na część „A”, w której zamieszkują rodziny mieszane z innymi rasami (metysi) oraz część „B”, gdzie wstęp jest dozwolony tylko rdzennym Indianom. Nawajo hołdują filozoficznej zasadzie „być”, a nie „mieć”. Nie uznają czasu teraźniejszego uważając, że to co się w tej chwili stało należy już do przeszłości, a to co się stanie – do przyszłości. Twierdzą, że ludzie dostali się na ziemię z innych planet korytarzami przestrzenno-czasowymi, istniejącymi do dziś i dlatego na próżno uczeni poszukują ogniwa łączącego nas ewolucyjnie z małpami. Według nich, wiedza jest odwieczna i tkwi wewnątrz człowieka, nauka zaś pochodzi z zewnątrz i dla bytu nie ma większego znaczenia. Apogeum cywilizacji ludzkość przeżyła około 10 tysięcy lat temu, kiedy to wznoszono budzące do dziś zachwyt budowle, wykonywano skomplikowane operacje chirurgiczne itp. Cywilizację tę zniszczył kataklizm, który zbliża się także współcześnie do Ziemi. Ma on nastąpić, gdy prezydentem USA zostanie żydomason. Autor tej tezy, ani Indianin Nawajo nie są bynajmniej antysemitami. Oni to po prostu wiedzą. W wyniku kataklizmu zniknie z powierzchni ziemi 2/3 Ameryki Północnej (w tym USA), 2/3 Europy, znaczna część Afryki. Najmniej ucierpi Azja, Australia i Ameryka Południowa. Powstaną nowe lądy, m.in. te, które pochłonęły kiedyś morza i oceany. Kataklizm ten związany jest z jakąś potężną falą wodną, która rozbije się o góry. W związku z tą „wiedzą” i przekonaniem „Dziki Mietek” porzuca Amerykę Północną i wyjeżdża niedługo w południowe Andy. Życie codzienne Nawajo płynie według określonego niespiesznego rytmu. Ziemia należy do kobiet, które przeważają liczebnie (1,5 kobiety na 1 mężczyznę). Mężczyźni tylko sieją, pozostałe prace wykonują kobiety. Wśród tych plemion nie znane są słowa „zdrada małżeńska”, „zawiść”. Kobiety kierując się głosem serca, po osiągnięciu dojrzałości płciowej, zawieszają po prostu wianek przed wigwamem wybranego mężczyzny; nie ważne nawet, czy jest on żonaty. Musi z nią pójść, gdyż wypędzą go do niej pozostające w szałasie kobiety. Także obiór wodza – króla ma niespotykany wśród białych przebieg. Dzieje się to w tzw. dniu węża. Dorosłe kobiety gromadzą się wówczas w ogromnym wigwamie wzywając mężczyzn do „uciech seksualnych”. Królem zostaje wybrany ten, który opuszcza pomieszczenie jako ostatni. Ciekawy jest też stosunek do dzieci. Nie wychowują ich rodzice, a dziadkowie i babcie, którzy – po pierwsze mają więcej czasu, po drugie – więcej chęci, a po trzecie – więcej doświadczenia życiowego, starając się je przekazać chłonnym, dziecięcym umysłom. Rodzice ograniczają swoje prawa do dostarczenia pożywienia i ubrań. Ochrona i obrona dzieci należy natomiast do całego plemienia. Najwyższą kastą wśród Nawajo stanowią kapłani, których liczba nie przekracza 99, a wśród tych – 7 szamanów. Aby do niej wejść, trzeba uzyskać siedem stopni wtajemniczenia. Pierwsze cztery uzyskuje się stosunkowo łatwo, piąty – znacznie trudniej. Kolejne stopnie są nieosiągalne za życia doczesnego. Uzyskuje się je po ponownym powrocie na ziemię, bo Nawajo wierzą, że dusza ludzka jest nieśmiertelna i powraca po latach na ziemię (reinkarnacja). Trzech wśród szamanów hołduje „dobru”, trzech „złu”, jeden jest główny i rozstrzyga w przypadku równej ilości głosów, co ma zwyciężyć. Jak silna jest „moc” szamanów, przekonali się kierowcy pojazdów, którzy zaczęli zanieczyszczać rezerwat odpadkami radioaktywnymi. Kiedy prośby o niestosowanie tych praktyk nie pomogły, Nawajo ostrzegli, że skończą się one tragicznie. Kierowcy początkowo wyśmiewali się z „głupich Indian”, aż któregoś dnia szamani „wypuścili z nich jelita przed odbyt”, bez dotykania któregokolwiek. Odtąd niebezpieczne odpady zrzucano na rezerwat z samolotów. Ustały one jednak wkrótce, gdy z niewyjaśnionych przyczyn 4 samoloty zbiły się ze sobą w powietrzu, a piloci ponieśli śmierć. Dziś nikt nie odważa się stosować podobne praktyki obawiając się „czarów”. Wśród 99 kapłanów indiańskich znajduje się 2 białych: „Dziki Mietek” i mieszkaniec RPA, z pochodzenia Holender. Nawajo trudnią się rolnictwem, myślistwem (nigdy jednak nie zabijają więcej zwierząt niż potrzebne to jest do przeżycia), rybołówstwem i rzemiosłem artystycznym, wyrabiając głównie pamiątki, które sprzedają turystom w części „A” rezerwatu. Część z nich przyjęła wiarę katolicką. Dużą rolę w ich życiu odgrywa roślina – koka, która umożliwia normalne funkcjonowanie w warunkach wysokogórskich. Indianie żują jej liście, lub piją w postaci wywaru, nie przesadzając jednak w ilości. Tyle rewelacji przekazał „Dziki Mietek”, który zna kilka narzeczy indiańskich i poznał zwyczaje żyjąc w ich kręgu. Osobiście zwiedziłem 2 osady w rezerwatach w Indianie i Michigan. W twarzach, które widziałem, nie widać radości życia, raczej powagę i zadumę. Można tam było kupić różne pamiątki, ale z uwagi na cenę, zrezygnowałem. Widziałem też Indian na ulicach Chicago. Byli elegancko ubrani, wykształceni, jeździli szybkimi, nowoczesnymi autami, mieli swoje biura prawnicze, gabinety lekarskie. Ci, także nie uśmiechali się. Czuli się wyobcowani wśród białych i wśród swoich współbraci. Po prostu żyli, bo ich naczelną dewizę stanowi „być”. Jan Dobrowolski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości