Po artykule, jaki ukazał się w ubiegłym tygodniu w „Rzeczpospolitej”, o wezwaniu całego polskiego episkopatu przed nieskazitelne oblicze papieża Franciszka „w trybie pilnym”, by ten mógł skarcić naszych pasterzy jakąś nadzwyczajną reprymendą, poruszyły się z nadzieją serca rodzimych reformatorów Kościoła, tak licznie zgromadzonych w przeróżnych „Onetach”, „Wirtualnych Polskach”, „Wyborczych”, „TVN-ach” i tym podobnych postępowych mediach. I nie pomogły tłumaczenia rzecznika prasowego Konferencji Episkopatu, że tryb wcale nie jest „pilny”, a papież wcale „nie wzywa”, tylko jest planowana cykliczna wizyta „ad limina”, do której regularnie dochodzi co 5 lat, a ta zbliżająca się, przygotowywana na jesień, będzie opóźniona o ponad dwa lata ze względu na pandemię. Zadziwia mnie naprawdę, jak wielkie nadzieje z papieżem Franciszkiem wiążą ci wszyscy nasi rodzimi katoliccy lewicowi humaniści o bardzo szerokich sercach, którzy nie mają żadnego problemu, by z przesłania Ewangelii wycisnąć tylko cukrowy lukier i pogodzić z nim te wszystkie swoje aborcje na życzenie, eutanazje, związki jednopłciowe, a wszystko w imię „miłości, która nie wyklucza”, a nawet znosi wszelki grzech.
Zdumiewający jest ten zapał reformatorski, w którym nie tylko postępowi katolicy, ale wszelkiej maści agnostycy i ateiści sprzymierzają siły w modernizacji Kościoła i w takim przystosowaniu go do świata, aby nikomu nie psuł nastroju w realizacji jego osobliwych „orientacji”. Inna sprawa, że pozwala na to papież, któremu całkowicie pomyliły się porządki – ludzki i boski – i który sprawia wrażenie, że usiłuje upodobnić Kościół do jakiejś agendy Organizacji Narodów Zjednoczonych zajmującej się walką ze zmianami klimatycznymi i troską o wzrost „świadomości ekologicznej”. Kiedy słyszę ten postępowy globalistyczny bełkot płynący z ust Głowy Kościoła, przy jednoczesnej świadomości, że zbył gorszącym milczeniem ohydę bluźnierstwa, jakiej dopuścili się niemieccy katoliccy księża, którzy 10 maja urządzili setki albo i tysiące ceremonii pseudoślubów homoseksualnych w swoim kraju, to zadaję pytanie, jakie z takim człowiekiem można wiązać nadzieje na reformę Kościoła.
Dlatego wydaje mi się, że myli się ks. Isakowicz-Zaleski sugerując, że papież wzywa biskupów, bo jest szczerze zatroskany o polski Kościół, bo niepokoi go wzrost apostazji, zanik powołań kapłańskich i zakonnych, gorszą skandale pedofilskie. To są poważne sprawy, które trzeba rozwiązać, ale papież, który milczy, kiedy dzieją się tak straszliwe i bluźniercze nadużycia w Kościele za Odrą, nie pomoże nam uleczyć naszych spraw. Myślę, że jest zatroskany o coś zupełnie innego, o czym mówiła niedawno na spotkaniu z Franciszkiem przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, wyrażając nadzwyczajne zadowolenie, że Stolica Apostolska i Unia Europejska „nadają na tych samych falach”. Czy aby na pewno są to Boże fale? Cukierkowy język, którym papież i komisarz europejska mówią o klimacie i ekologii, może zwieźć tylko naiwnych, ale nie zdoła ukryć zgorszenia, dla której tak wiele jest przyzwolenia w europejskim superpaństwie (głównie pod postacią sodomii i aborcji), a coraz więcej w pseudo-Kościele, w który usiłuje zamienić prawdziwy Kościół Franciszek. Czy nasi biskupi zostaną przymuszeni do tego, by Królestwo Maryi nadawało „na tych samych falach”? Jest to wielce prawdopodobne. Rząd PiS-u już sprzedał nas globalistom za miliardy europejskich srebrników. Ciekawe, czym skusi naszych pasterzy na jesieni tak milutki sercom wyznawców lukrowanej Ewangelii papież Franciszek?
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze