Reklama

Na Jarmarku Norbertańskim

11/06/2014 08:36
– Trzydzieści trzy oczka zacząć, podzielić po osiem, tu pęteleczki zrobić, dziureczki na sznureczek, znów osiem oczek, później na trzy części podzielić, języczek zrobić i później wszystko to zebrać – tak w skrócie wygląda przygotowanie włóczkowych bucików – mówiła pani Gienia, na stoisku której podczas Jarmarku Norbertańskiego w Bodzanowie można było znaleźć mnóstwo szydełkowych i włóczkowych cudów.
– Na targi i jarmarki w różnych zakątkach kraju razem ze swoją siostrą Ireną jeżdżą z rodzinnego Bielska Podlaskiego od wielu lat. Na Jarmarku Norbertańskim w Bodzanowie pokazały uchodzące za ogromną sztukę ręcznie robione na szydełku firany, serwety, bieżniki, ale także włóczkowe zabawki i ozdoby. – Dziś już odchodzi w niepamięć taka umiejętność. Dziewczyny nie garną się – mówiła pani Irena, która szydełkowy debiut miała w podstawówce. – Zrobiłam mereżkę. Kiedyś modne było podszywanie takich wykończeń do prześcieradeł, którymi zaścielało się łóżka tak, aby wyglądały jak koronka – wspominała pani Irena. Potem była mała przerwa. – I wróciłam do szydełkowania. Bo gdzieś w człowieku ta pasja siedzi. Przejęłyśmy ją w genach po mamie i babci. Mama miała 85 lat, siedziała z poduszką pod plecami i robiła. Ja też czułam, że muszę robić: serwetki, bieżniki, firanki. Ale na oknie u mnie nie wiszą. U córki owszem, u jej znajomych – mówi o swojej pasji, która po części jest także sposobem zarabiania na życie.
Dodaje, że szydełkowanie to już u nich nałóg rodzinny. Bo jej siostra Gienia także w podstawówce odkryła talent w tym kierunku. – Mimo że moja pani od prac ręcznych po klasowym teście z robótek powiedziała, że nadaję się nie do szydełkowania czy haftowania, tylko do pasienia gęsi, to nie poddałam się – wspominała pani Gienia.
Wyroby obu pań przez wiele lat można było kupić w Cepelii. Pani Gienia poszła dalej, nie poprzestała na szydełkowej klasyce. I wśród jej wyrobów co i rusz można znaleźć coś nowego.
– Jak ktoś pyta o coś, to się zaraz uczę, przygotowuję i gotowe. Wieczorem w domu czy w czasie wolnym jest co robić. A to czapeczki, a to zabawki, a to buciki – mówi pani Gienia.
Dziś ich stoiska i kramy są ozdobą targów. – Obecnie mało kto wśród młodych może pochwalić się taką umiejętnością. Ale nie żałuję, że nie mam następców w tym zawodzie. I tak dużo rzeczy na pamiątkę w rodzinie, u znajomych i całkiem obcych ludzi zostanie. Powiedzą: „to od pani Ireny”. Wiele osób obdarowałam. A to na wesele, a to na chrzciny, a to imieniny. Teraz przyjechali prosić na wesele, to powiedziałam, że prezent zrobię – piękną serwetę – mówi pani Irena.
– Dziś to już bardziej pasja niż zarobek, bo choć ludzie chwalą, że rzeczy piękne, to mało kupują.

Na miody do Paulinki

Bodzanowskie Jarmarki, które mają już dziesięcioletnią tradycję, to okazja do spotkania różnych pasjonatów. Osób, które przywracają życie odchodzącym w niepamięć zawodom. Tak jak Rafał Durzyński, jeden z najmłodszych, jeśli nie najmłodszy w regionie płockim pszczelarz. – Nasza pasja trwa już dziesięć lat. Mój dziadek, wujek mieli pszczoły, pasieki. My z żoną Karoliną łączymy pasję z pracą. Zaczęło się od dwóch rodzin, co roku przybywało pszczół. Teraz zajmujemy się tym zawodowo – opowiadał o swoim fachu pan Rafał. W prowadzeniu pasieki z pewnością pomaga mu kierunkowe wykształcenie, ale i tak najwięcej wiedzy daje codzienna praca.
Po ich rzepakowe, akacjowe i wielokwiatowe miody do pasieki w Paulince (gmina Iłów) przyjeżdżają stali klienci z całego regionu. Nie tylko kupują, ale także oglądają, jak miody są przygotowywane. – Kremowany miód w czasie krystalizacji co jakiś czas trzeba mieszać, aby był puszysty, mięciutki – tłumaczył pan Rafał. Co klienci kupują? – Różnie. Akacjowy jest dobry dla dzieci. Wielokwiatowy – bardzo delikatny. Rzepakowy – dobry na serce. Ostatnio klientka spróbowała u nas miodu rzepakowego i powiedziała, że jeszcze w życiu takiego miodu nie jadła. To bardzo miłe – opoiwadali państwo Durzyńscy.
Praca, owszem, jest ciężka, ale przyjemność z niej rekompensuje wszystko. Ich pasiekę tworzy około 160 rodzin. To sporo, bo średnia krajowa liczy około 20 rodzin. A rodzina liczy w lecie od 60 do 80 tysięcy osobników. – Sąsiedzi nie boją się naszych pszczół, bo pasieki są rozłożone w wielu miejscach, żeby między pszczołami nie było konkurencji o kwiaty – mówił Rafał Durzyński. Podobnie jak w rodzinnym domu zawsze na zimę jest u niego solidny zapas miodu. – Tylko teraz własnego – śmiał się pan Rafał. Pół żartem, pół serio państwo Durzyńscy mówili, że duch w rodzinie nie ginie. Bo ich synek, niespełna dwuletni Antek, bardzo do miodu się garnie.
– Nie boi się pszczół, a miód bardzo lubi. Wyjada paluszkiem prosto spod miodziarki.
Jak co roku na bodzanowskie targowisko przy okazji Jarmarku Norbertańskiego wrócił duch średniowiecznej tradycji targów, które się tu odbywały. A w okolicznościowych programach artystycznych przypominali o niej uczniowie ze szkół w Bodzanowie, Wyszogrodzie, Nowym Miszewie, Goślicach. Artystyczne prezentacje przygotowali także pensjonariusze z Domów Pomocy Społecznej w Goślicach, Koszelewie, Brwilnie oraz GOK-u w Słupnie.    rad
fot. T. Radwańska-Justyńska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości