Jeżeli muzyka popularna potrafi czasami uszanować intelekt i dobry smak słuchacza, a z drugiej strony, jeżeli jazz, folk czy liryczna piosenka poetycka są w stanie trafić do masowej publiczności, karmionej telewizją i kolorowymi gazetami, nie ośmieszając się same przed sobą, to na pewno dzieje się tak na nowej płycie Anny Marii Jopek. Ta muzyka naprawdę cieszy ucho, ale i nie daje zapomnieć, że chodzi w niej przecież także o coś więcej.
Album “Farat” jest dokonanym na żywo zapisem materiału, z jakim wokalistka – i towarzyszące jej grono znakomitych instrumentalistów – występowała przez ostatnich kilkanaście miesięcy. Kto miał okazję i szczęście widzieć koncert Anny Marii Jopek, który odbył się wiosną zeszłego roku w płockim teatrze, ten wie, że w tym wypadku “na żywo” nie oznacza w zasadzie żadnych niedostatków technicznych czy potknięć w dramaturgii (występ został pomyślany jako swego rodzaju muzyczno-słowny spektakl), a jedynie tym większe emocje i autentyczność. Dla tych, którzy siedzieli na widowni podczas płockiego występu pięknej wokalistki, płyta będzie jak zbierające blask wsteczne lusterko wspomnień. Dla tych, którzy nie widzieli – do pewnego stopnia może je zastąpić. Tym bardziej, że dwupłytowa wersja albumu zawiera zapis koncertu do obejrzenia na komputerze. To się naprawdę dzieje – bez playbacku, bez poprawek, bez taśmowych nakładek. W realnej rzeczywistości sceny, a nie wirtualnej nagraniowego studia.
Nic dziwnego, że piosenkarka zdecydowała się wydać album koncertowy, skoro miała u boku takich mistrzów, jak saksofonista Henryk Miśkiewicz (jedna z legend polskiego jazzu), pianista Leszek Możdżer i perkusista Cezary Konrad (jazzmani o pokolenie młodsi, ale zmierzający wyraźnie w tę samą stronę), gitarzysta Marek Napiórkowski (łączący rockowy temperament i folkowe zamiłowanie do melodyjności), basista Robert Kubiszyn (równie dobrze czujący się z kontrabasem co z podrasowaną przetwornikami gitarą basową), Paweł “Bzim” Zarecki (taki sam spec od analogowej, jak i od cyfrowej elektroniki) oraz prawdziwa czarna perła w tym naszyjniku, muzyk o światowej renomie, współpracownik m.in. Milesa Davisa i Johna Scofielda, czyli Mino Cinelu (ciemnoskóry zaklinacz wszelkiego rodzaju perkusjonaliów, od afrykańskich bębnów po znany z lekcji rytmiki w europejskich przedszkolach trójkąt). Dodatkowo w chórkach wokalistkę wspomagali Dorota Miśkiewicz i Piotr Nazaruk. Cały ten precyzyjny wokalno-istrumentalny mechanizm – pomimo różnic wieku, temperamentu i uprawianych na co dzień muzycznych gatunków - po setkach prób i dziesiątkach koncertów udało się wyregulować perfekcyjnie. Szczęśliwie jednak nie pozbawiając przy tym duszy, z której na co dzień pewnie więcej kłopotów niż pożytku, ale przy graniu i śpiewaniu muzyki jeszcze się czasem przydaje.
Na płycie można usłyszeć – uporządkowane w interesujący scenariusz spektaklu - wszystkie znaki firmowe wokalistki. Nastrojowe, trochę new-age´owe w klimacie ballady z miękkim klawiszowym tłem i tęsknymi zaśpiewami w refrenach (“Wszystkie cnoty”, “Możliwe”) sąsiadują z przebojowymi, dynamicznymi utworami w stylistyce pop, których optymizm jest może i nieco naiwny, ale jakże zmysłowy (“Nim słońce wstanie”, “Ale jestem”). Delikatnie swingujące, beztrosko rozkołysane kompozycje o jazzowym rodowodzie (“Jeżeli chcesz”, gdzie liryczny tekst jest niczym kropla rosy w pajęczynie akustycznej aranżacji, albo “Nienasycenie”, którego swobodną pod obyczajowym względem aurę dobrze streszcza fraza: Podniety mną rządzą nie takie, z jakich się składa wzór ascety) przeplatają się ze skupionymi, raz dusznymi i mrocznymi, innym razem srebrzyście zamglonymi piosenkami, opatrzonymi dodatkowo dygresjami improwizacji (dwie kompozycje do klasycznych wierszy: niepokojące, rozdygotane, pełne wewnętrznego napięcia “Dłoń zanurzasz w śnie” Leśmiana i balladowe “Upojenie” Grochowiaka, emanujące autentycznie zmysłowym, pachnącym ludzką skórą erotyzmem, nie żadnym tam lakierem i celuloidem modelek z kolorowych pism). Pomysłowe eskapady w stronę rodzimego folkloru (w utworach Wojciecha Kilara “Szepty i łzy” i Tadeusza Sygietyńskiego “Cyraneczka”, które zespół skutecznie uwspółcześnia, nadając efektowny estradowy szlif) zostają urozmaicone odrobiną egzotyki (w kompozycji Mino Cinelu “Confians”, gdzie popisuje się on także wokalnym talentem).Moimi ulubionymi utworami w tym zestawie pozostają – tak jak na zeszłorocznym koncercie w Płocku – urocza akustyczna ballada “Zanim zasnę”, gdzie klarnet basowy Miśkiewicza jest niczym niski, mruczący męski głos, któremu towarzyszy wysoki, kobiecy wokalistki, oraz “Leszek intro”, solowy popis Możdżera, zadziwiającego łatwością improwizacji i śmiałością stylistycznych parafraz, kiedy wychodząc od melodii dopiero co zakończonego “Upojenia”, klucząc i myląc muzyczne tropy, trafia daleko, daleko poza rozrywkowy poziom całej płyty. Na szczęście w przypadku albumu Anny Marii Jopek rozrywkowy i popularny nie oznacza ogłupiający, tchnący coraz bardziej wszechobecnym, więc pewnie zaraźliwym poczuciem żenady.
Maciej Woźniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze