Reklama

Muzyka, której nie wstyd słuchać

11/02/2004 18:16
Jeżeli muzyka popularna potrafi czasami uszanować intelekt i dobry smak słuchacza, a z drugiej strony, jeżeli jazz, folk czy liryczna piosenka poetycka są w stanie trafić do masowej publiczności, karmionej telewizją i kolorowymi gazetami, nie ośmieszając się same przed sobą, to na pewno dzieje się tak na nowej płycie Anny Marii Jopek. Ta muzyka naprawdę cieszy ucho, ale i nie daje zapomnieć, że chodzi w niej przecież także o coś więcej.
Album “Farat” jest dokonanym na żywo zapisem materiału, z jakim wokalistka – i towarzyszące jej grono znakomitych instrumentalistów – występowała przez ostatnich kilkanaście miesięcy. Kto miał okazję i szczęście widzieć koncert Anny Marii Jopek, który odbył się wiosną zeszłego roku w płockim teatrze, ten wie, że w tym wypadku “na żywo” nie oznacza w zasadzie żadnych niedostatków technicznych czy potknięć w dramaturgii (występ został pomyślany jako swego rodzaju muzyczno-słowny spektakl), a jedynie tym większe emocje i autentyczność. Dla tych, którzy siedzieli na widowni podczas płockiego występu pięknej wokalistki, płyta będzie jak zbierające blask wsteczne lusterko wspomnień. Dla tych, którzy nie widzieli – do pewnego stopnia może je zastąpić. Tym bardziej, że dwupłytowa wersja albumu zawiera zapis koncertu do obejrzenia na komputerze. To się naprawdę dzieje – bez playbacku, bez poprawek, bez taśmowych nakładek. W realnej rzeczywistości sceny, a nie wirtualnej nagraniowego studia.
Nic dziwnego, że piosenkarka zdecydowała się wydać album koncertowy, skoro miała u boku takich mistrzów, jak saksofonista Henryk Miśkiewicz (jedna z legend polskiego jazzu), pianista Leszek Możdżer i perkusista Cezary Konrad (jazzmani o pokolenie młodsi, ale zmierzający wyraźnie w tę samą stronę), gitarzysta Marek Napiórkowski (łączący rockowy temperament i folkowe zamiłowanie do melodyjności), basista Robert Kubiszyn (równie dobrze czujący się z kontrabasem co z podrasowaną przetwornikami gitarą basową), Paweł “Bzim” Zarecki (taki sam spec od analogowej, jak i od cyfrowej elektroniki) oraz prawdziwa czarna perła w tym naszyjniku, muzyk o światowej renomie, współpracownik m.in. Milesa Davisa i Johna Scofielda, czyli Mino Cinelu (ciemnoskóry zaklinacz wszelkiego rodzaju perkusjonaliów, od afrykańskich bębnów po znany z lekcji rytmiki w europejskich przedszkolach trójkąt). Dodatkowo w chórkach wokalistkę wspomagali Dorota Miśkiewicz i Piotr Nazaruk. Cały ten precyzyjny wokalno-istrumentalny mechanizm – pomimo różnic wieku, temperamentu i uprawianych na co dzień muzycznych gatunków - po setkach prób i dziesiątkach koncertów udało się wyregulować perfekcyjnie. Szczęśliwie jednak nie pozbawiając przy tym duszy, z której na co dzień pewnie więcej kłopotów niż pożytku, ale przy graniu i śpiewaniu muzyki jeszcze się czasem przydaje.
Na płycie można usłyszeć – uporządkowane w interesujący scenariusz spektaklu - wszystkie znaki firmowe wokalistki. Nastrojowe, trochę new-age´owe w klimacie ballady z miękkim klawiszowym tłem i tęsknymi zaśpiewami w refrenach (“Wszystkie cnoty”, “Możliwe”) sąsiadują z przebojowymi, dynamicznymi utworami w stylistyce pop, których optymizm jest może i nieco naiwny, ale jakże zmysłowy (“Nim słońce wstanie”, “Ale jestem”). Delikatnie swingujące, beztrosko rozkołysane kompozycje o jazzowym rodowodzie (“Jeżeli chcesz”, gdzie liryczny tekst jest niczym kropla rosy w pajęczynie akustycznej aranżacji, albo “Nienasycenie”, którego swobodną pod obyczajowym względem aurę dobrze streszcza fraza: Podniety mną rządzą nie takie, z jakich się składa wzór ascety) przeplatają się ze skupionymi, raz dusznymi i mrocznymi, innym razem srebrzyście zamglonymi piosenkami, opatrzonymi dodatkowo dygresjami improwizacji (dwie kompozycje do klasycznych wierszy: niepokojące, rozdygotane, pełne wewnętrznego napięcia “Dłoń zanurzasz w śnie” Leśmiana i balladowe “Upojenie” Grochowiaka, emanujące autentycznie zmysłowym, pachnącym ludzką skórą erotyzmem, nie żadnym tam lakierem i celuloidem modelek z kolorowych pism). Pomysłowe eskapady w stronę rodzimego folkloru (w utworach Wojciecha Kilara “Szepty i łzy” i Tadeusza Sygietyńskiego “Cyraneczka”, które zespół skutecznie uwspółcześnia, nadając efektowny estradowy szlif) zostają urozmaicone odrobiną egzotyki (w kompozycji Mino Cinelu “Confians”, gdzie popisuje się on także wokalnym talentem).Moimi ulubionymi utworami w tym zestawie pozostają – tak jak na zeszłorocznym koncercie w Płocku – urocza akustyczna ballada “Zanim zasnę”, gdzie klarnet basowy Miśkiewicza jest niczym niski, mruczący męski głos, któremu towarzyszy wysoki, kobiecy wokalistki, oraz “Leszek intro”, solowy popis Możdżera, zadziwiającego łatwością improwizacji i śmiałością stylistycznych parafraz, kiedy wychodząc od melodii dopiero co zakończonego “Upojenia”, klucząc i myląc muzyczne tropy, trafia daleko, daleko poza rozrywkowy poziom całej płyty. Na szczęście w przypadku albumu Anny Marii Jopek rozrywkowy i popularny nie oznacza ogłupiający, tchnący coraz bardziej wszechobecnym, więc pewnie zaraźliwym poczuciem żenady.
Maciej Woźniak

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości