Śmierć najbliższej osoby, choćby nawet spodziewana, zawsze jest momentem, kiedy wali się cały świat. A przecież to nie jest koniec, ale dopiero początek ziemskich spraw, z którymi trzeba się uporać. Rachunki, odpisy, pogrzeb, to i dużo więcej trzeba ogarnąć w chwili, gdy chciałoby się tylko usiąść, uronić łzę nad ulotnością życia i powspominać zmarłego. Pan Włodzimierz stracił swoją ukochaną mamę w połowie lipca. Wcześniej był opiekunem dorosłej osoby, czyli mama była całkowicie zdana na jego pomoc. Przebywał z nią przez cały czas, patrzył jak chorowała, a potem jak odeszła do lepszego świata. Nawet nie spodziewał się, że jej śmierć może tak dramatycznie zmienić jego życie. – Nie byliśmy bogaci, z trudem się utrzymywaliśmy na powierzchni, często brakowało nam pieniędzy, ale tak razem klepaliśmy biedę, bo mieliśmy siebie i to było najważniejsze. Kiedy po długiej chorobie, podczas której przez ostatnie lata nie wstawała już z łóżka, mama odeszła, zostałem sam. Mieliśmy wspólne gospodarstwo domowe, byłem zameldowany w wydawało się naszym wspólnym mieszkaniu, teraz kłopoty spadają na mnie z każdej strony, nie wiem, jak sobie poradzę – mówi. Żeby zorganizować pogrzeb, musiał się zapożyczyć. Potem skrzętnie zebrał wszystkie rachunki, wypełnił wniosek i poszedł do ZUS. – Tam pani urzędniczka zaczęła przeglądać papiery i niemal od razu poinformowała mnie, że chyba nie dostanę zasiłku. Najpierw muszę udowodnić, że mama była moją mamą, bo mam inne nazwisko. Nieważne, że to jest jej panieńskie – dodaje. Jol.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze