Reklama

Mount Everest w Wadowicach

19/05/2015 11:26
Janusz Radgowski, poruszający się na wózku inwalidzkim mieszkaniec Domu Pomocy Społecznej w Koszelewie, człowiek po przejściach, pewnego dnia postanowił zmienić swoje życie. Zaczął startować w maratonach i wyznaczać sobie kolejne cele. Przed rokiem przejechał na wózku przez Polskę, od Krakowa do Sopotu, a przed miesiącem wystartował z Rzymu i dojechał do Wadowic.
Tegoroczną podróż życia zaczął przed świętami wielkanocnymi. Pojechał samochodem do Rzymu, skąd na wózku inwalidzkim pokonał trasę do Wadowic, miejsca urodzenia papieża Jana Pawła II. W ten sposób zbierał pieniądze na leczenie Klaudii Kamińskiej. W podróży był ponad 40 dni. Zgodnie z planem, 11 maja zameldował się na rynku w Wadowicach. Od razu zadzwonił do redakcji, by podzielić się wrażeniami z podróży, podzielić radością, że udało się dotrzeć do celu. – Zdobyłem swój Mount Everest. Teraz muszę wyznaczyć sobie nowe zadanie – powiedział Janusz Radgowski.
Kiedy rok temu przejechał przez Polskę i zameldował się na molo w Sopocie, już zaczęła w nim kiełkować myśl o następnej podróży. – W chwili, kiedy postanowiłem całkowicie zmienić swoje życie, kiedy przestałem użalać się nad sobą i zacząłem jeździć na maratony, postanowiłem pomagać bezbronnym, chorym dzieciom, zbierając pieniądze na ich leczenie – opowiada.
W tym roku postawił sobie znacznie trudniejsze zadanie – pokonanie trasy z Rzymu do Wadowic. – Jestem bardzo szczęśliwy, że dojechałem. Przeżyłem wspaniałą przygodę i mam nadzieję, że konto Klaudusi powiększyło się o dodatkowe środki. Najtrudniejsze były końcowe etapy podróży. Mój organizm zaczął domagać się odpoczynku, ale się nie załamałem, choć przede mną było mnóstwo wzniesień i górek. Praktycznie cały 35 km etap z Żyliny do Zwardonia to był jeden wielki podjazd. Wspinałem się i wewnętrznie płakałam ze zmęczenia. A tak naprawdę to rozpłakałem się na rynku w Wadowicach, kiedy wiedziałem, że cel zrealizowałem – tłumaczy. I zapewnia, że nie miał momentów zwątpienia. – Wiedziałem, że Klaudusia we mnie wierzy, że moją podróż śledzi mnóstwo osób. Mam wsparcie od spotykanych ludzi. A poznałem wiele wspaniałych osób. Wszystkich wymienić nie zdołam, ale wspomnę choćby o Andrzeju Lechu, piłkarzu ręcznym, który od lat mieszka w Austrii. Kiedy potrzebowałem kierowcy, właśnie on pilotował mnie przez kilka dni. Dawał mi też wskazówki, jak przetrwać najdłuższy, 62. km etap. W sumie pilotowali mnie czterej kierowcy, dla nich to też było wyzwanie.
Najwspanialszym momentem podróży był wjazd do Wadowic. – Ten moment zapamiętam na całe życie. To było coś niesamowitego. Eskortowali mnie policjanci, strażacy, a także członkowie klubu motocyklistów, Strażnicy z Gór. Na pamiątkę dali mi swoją kurtkę, żebym zawsze starał się czynić dobro i pomagał ludziom. Na zawsze zapamiętam też moment, gdy stanąłem pod kamienicą Jana Pawła II, a potem zjadłem słynną kremówkę. Wtedy dopiero zeszło ze mnie całe wzruszenie i rozpłakałem się ze szczęścia – wspomina.
Podróżnik najbardziej cieszy się z tego, że udało mu się zrealizować plan pomocy dla Klaudii. Pan Janusz przez całą podróż eksponował numer konta, na które dobrzy ludzie wpłacali pieniądze. Zbierał także upominki – między innymi dużego misia, wykonaną ręcznie poduszkę, laurki oraz życzenia powrotu do zdrowia od dzieci z różnych, mijanych miast. Wszystko to przekazał Klaudii.
Na pytanie, kto najbardziej mu pomógł w przygotowaniu wyprawy, bez namysłu odpowiedział, że nie mógłby jechać, gdyby nie: Jerzy Owsiak, Piotr i Agnieszka Chmura z Krakowa, starosta i pracownicy Starostwa Powiatowego w Płocku oraz Maciej Kulas, który udostępnił na całą podróż samochód. – Gdyby nie oni, wyprawa nie doszłaby do skutku – mówi.
Bez pomocy Macieja Kulasa wyprawa również nie byłaby możliwa. – To jest ciekawa historia. Zadzwonił do mnie znajomy, zajmujący się sprzętem ortopedycznym i zapytał, czy nie znam kogoś, kto pomógłby w organizacji podróży z Rzymu do Wadowic. Opowiedział mi o facecie bez nogi i nerki, i poprosił, żebym znalazł kogoś, kto użyczy samochodu. Kolega dał mi numer telefonu i nazwisko. Był to Radgowski. A ja z Januszem Radgowskim chodziłem do szkoły. Miałem świadomość, że życie mojego kolegi źle się potoczyło, więc obiecałem mu pomóc i oddałem mu swój samochód – opowiada pan Maciej.
Teraz Maciej Kulas jest dumny ze swojego dawnego kolegi – Łatwo nie było, bo każdy zdaje sobie sprawę, że ta podróż nie była urlopem dla Janusza. Dla nas jest on bohaterem. Cieszę się, że przeszedł taką wielką, duchową przemianę po śmierci papieża i stał się innym człowiekiem. Właśnie dlatego postanowiłem pomóc i przeżyłem coś niesamowitego. Oczekiwanie na Janusza na rynku wadowickim, potem te ostatnie metry, które pokonywał po bruku na cienkich kółeczkach. Do dziś mam ten wzruszający widok przed oczami – mówi.
Kilka dni po powrocie do Polski, Janusz Radgowski odpoczywał, planując kolejne wyprawy. – Pod koniec sierpnia chcę wystartować w półmaratonie szczecińskim, a potem w maratonie warszawskim. To będzie przygotowanie do podróży, którą zaplanowałem na rok przyszły. Od Pacyfiku do Atlantyku. Marzy mi się przejechanie przez USA, w pół roku. To największe moje wyzwanie – zapewnia.
Jola Marciniak


Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości