Reklama

Mój dziadek uratował kobietę

01/08/2012 08:52
Dziadek, o którym czteroletni Miłosz mówi z ogromną dumą, to Karol Pietrzak. Jeden z czterech bohaterów, którzy w grudniu ubiegłego roku bez chwili zastanowienia rzucili się na pomoc matce i córce uwięzionym w samochodzie. Auto, którym jechały kobiety, przełamało barierę mostu i wpadło do wody. Karol Pietrzak, Edward Waciński, jego syn Sebastian i Paweł Kwiatkowski stali po pas w wodzie, walczyli z czasem, stresem i kilkunastostopniowym mrozem po to, by uratować życie dwóch kobiet zakleszczonych w samochodzie leżącym na dachu w rzece.

O tym, że wydarzyło się coś strasznego i potrzebna jest natychmiastowa pomoc pierwszy zaalarmował trzynastoletni Sebastian Waciński. – Wracałem właśnie ze szkoły do domu. Kiedy już dochodziłem do bramy własnego domu, w tyle usłyszałem pisk kół samochodu. Odwróciłem się, patrzę, że samochód wypadł z zakrętu, przełamał barierę mostu, wpadł do rzeki. Widziałem tylko sterczące w górze koła. Wystraszyłem się i pierwsza myśl, jaka przebiegła mi przez głowę, to szybko biec do domu po tatę, bo przecież tam są ludzie, którym trzeba jak najszybciej pomóc – mówił o wydarzeniach w Kiełpieńcu (powiat gostyniński), które miały miejsce w grudniu ubiegłego roku Sebastian Waciński, uczeń Gimnazjum w Szczawinie Kościelnym.
Przez cały czas, gdy z ojcem pokonywali stumetrowy odcinek dzielący ich dom od rzeki i mostu, na którym zdarzył się wypadek, mieli nadzieję, że zdążą. Sebastian bał się, gdy obserwował, jak tata bez zastanowienia wskakuje do zimnej wody. Sytuacja nie wyglądała najlepiej. W rzece na dachu leżał samochód, w którym były osoby potrzebujące pomocy. W głowie była cały czas myśl, czy przeżyły, jak silne było uderzenie, czy są bardzo poturbowane, a może jednak nic strasznego im się nie stało. Tyle było wtedy rozmyślań o tych, którzy są w tam w środku, w być może zakleszczonym samochodzie, czy uda się otworzyć drzwi, czy potrzebna będzie pomoc. Wtedy jeszcze pan Edward Waciński nie wiedział, kto i ile osób jest w aucie. – Dopiero kiedy wskoczyłem do wody, zobaczyłem, że wewnątrz samochodu są dwie kobiety. Jedną, jak się później okazało córkę, udało mi się wyciągnąć od razu – mówi o grudniowej akcji Edward Waciński.
Kiedy w rozmowie wracamy do zdarzenia sprzed siedmiu miesięcy mówi, że w danej chwili nie czuł ani lęku, ani zimna. – Podświadomie jest się skoncentrowanym na jednym – żeby pomóc. Dopiero po wszystkim, kiedy obie kobiety były już bezpieczne, poczułem jaka jest na zewnątrz temperatura. Opadły emocje i zrobiło się zimno. Było dwadzieścia stopni poniżej zera – mówi pan Edward. Kiedy ten próbował wydobyć z samochodu matkę, Sebastian z siostrą przynieśli ciepłe koce, dodatkowe okrycia.

To jest specyficzne
miejsce

Tak o feralnym zakręcie mówią miejscowi mieszkańcy. W tym miejscu kilkanaście razy dochodziło do wypadków. – Kiedy zauważyłem biegnące w tym kierunku dzieci, wiedziałem, że stało się coś złego – mówi Karol Pietrzak, który tą trasą wracał z pracy w Gostyninie do domu.
– Nogę z gazu zdjąłem, bo wiedziałem, że ktoś będzie potrzebował pomocy. Niestety nie myliłem się. Za ułamek sekundy zobaczyłem w wodzie mężczyznę, który machał rękami o pomoc. Za kolejny – samochód leżący w wodzie, wywrócony do góry kołami – mówi pan Karol.
Podobnie jak i Edward Waciński nie zastanawiał się. Natychmiast zjechał na pobocze drogi i ruszył na pomoc. Pomoc, jak się za chwilę okazało, bardzo potrzebną, bo drzwi samochodu zaklinowały się i nie można było wyciągnąć ze środka pasażerki samochodu. Dwóch wciąż było za mało. Na szczęście do panów dołączył Paweł Kwiatkowski, który także przejeżdżał przez Kiełpieniec, wracając z pracy do domu. Kiedy w trójkę walczyli z samochodem, ktoś krzyknął, że potrzebne są pasy. Znalazły się. Wtedy panowie z ich pomocą odwrócili samochód na koła. Myśleli, że już koniec akcji, bo udało się otworzyć drzwi. Okazało się jednak, że pasy zakleszczyły się. Znów ktoś krzyknął potrzebny nóż. Ktoś kolejny rzucił. – Przecięliśmy pasy, na wpół przytomną pasażerkę wyciągnęliśmy z samochodu. Zbadaliśmy puls. Był. Ale przytomność odzyskała dopiero kiedy przyjechała karetka – opowiada o budzących jeszcze teraz ogromne emocje chwilach Karol Pietrzak.

Dziękujemy
za nowe życie

Trzech obcych mężczyzn utworzyło zgrany zespół, który nie patrząc na własne zdrowie, ratował innych. – Na szczęście z powodzeniem. W ferworze walki nie myślałem o tym, że możemy nie dać rady, że fizycznie nie podołamy całej sytuacji. Właściwie dopiero w chwili, kiedy samochód trzymaliśmy w górze, przemknęła mi myśl, że możemy nie dać rady. Samochód w każdej chwili może nam się wymknąć z rąk i możemy się pod nim znaleźć. Ale nie zwracaliśmy na to uwagi, walczyliśmy z czasem. Panie żyją i to jest najważniejsze – mówi Paweł Kwiatkowski. „Zasłynął” jako jedyny z całej trójki tym, że wylądował w szpitalu. – To z powodu wychłodzenia organizmu. Gdy nie pan Karol, to mogłoby ze mną być gorzej. Świetnie koordynował całą akcję i pomagał wszystkim, którzy tego potrzebowali, a jak widać także ja – dodaje.
O grudniowym zdarzeniu mówią skromnie, że przecież nie było to nic wielkiego, zwykły ludzki odruch. – Takim bohaterem każdy może być – twierdzą zgodnie panowie Edward, Karol i Paweł, którzy za swoją postawę zostali odznaczeni przez wojewodę mazowieckiego Medalem za Ofiarność i Odwagę. Pan Paweł dodaje, że to naturalny, ludzki odruch, którego każdy by się spodziewał, szczególnie jeśli sam byłby po stronie oczekującej na pomoc. Ale jak mówią osoby, które widziały zdarzenie, na taki czyn nie każdego było stać, gdyż kilka samochodów omijało zdarzenie, bo przecież są inni, więc nasza pomoc nie jest potrzebna. Obie panie, które dzięki czterem bohaterom wyszły cało z wypadku, podziękowały im za nowe życie. Szczególnie serdecznie dziękowała matka, która dopiero z opowieści dowiedziała się, jak wyglądała walka o jej życie. – Na szczęście skończyło się na paru siniakach i zapaleniu płuc – mówili panowie, którzy tak sprawnie przeprowadzili akcję ratunkową.
Oni sami nie czują się jak bohaterowie, ale tak o nich mówią znajomi, sąsiedzi, rodzina. Podkreślają, że nie była to pierwsza sytuacja, kiedy pomogli innym. – To wyróżnienie, które otrzymali, jest zasadne – mówi Monika, córka pana Karola. Z dziadka Karola dumny jest także czteroletni wnuczek Miłosz, który na pytanie, dlaczego dziadek dostał medal, z dumą odpowiada: – Bo dziadek uratował kobietę.    rad
fot. Urząd Miasta Płocka
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości