Reklama

Marzy o wyjeździe w góry

13/07/2011 08:27
Miała wtedy 3,5 roku. Była w domu tylko z dwiema o dwa lata starszymi siostrami bliźniaczkami. Mama wyszła akurat z najstarszą córką. Martynka weszła do łazienki i wtedy wybuchł pożar. Krzyczała, żeby ktoś ją wypuścił, suche drewno szybko zajęło się ogniem, a ona nie mogła otworzyć drzwi, bo klamka była bardzo gorąca.
Po kilku minutach na miejsce zdarzenia przyjechała straż pożarna i karetka. Nie było łatwo dostać się do mieszkania, bo były zamknięte drzwi. Jej siostrom nic się nie stało, ogień do nich nie dotarł. Nasza bohaterka została zawieziona do szpitala na Winiary i jak dziś twierdzi, to był błąd. Leżała tam 4 miesiące i jej zdaniem, w tym czasie nic nie zrobiono, jedynie lekarze smarowali jej buzię maścią. Nawet nikt nie pomyślał, by zabandażować jej oddzielnie wszystkie palce, wtedy by dało się je uratować, a tak musi sobie radzić tym, co po palcach zostało. Bardzo żałuje, że lekarze nie zgodzili się na jej wyjazd do Warszawy, a mama nie była na tyle zaradna, by o tym zadecydować. Zresztą to było 19 lat temu, wydawało się, że tak być musi.
Cały wypadek dziś 22-letnia Martyna pamięta doskonale. Od mamy wie, że prawdopodobnie rozszczelniła się instalacja gazowa w łazience. Kiedy zamknie oczy, to widzi ogień, który pełza w kierunku jej twarzy, i tlące się dłonie po kontakcie z klamką. Do dziś ma ślady po tamtym wydarzeniu. Jej twarz jest całkowicie zeszpecona, zamiast dłoni ma tylko pozostałość po palcach, źle słyszy.
– Dziś wiem, że gdyby wtedy zrobiono mi operację, nie cierpiałabym przez te wszystkie lata, bo ze szpitala wróciłam do domu w strasznym stanie. Oparzenia bardzo długo się goiły, ale trzeba było żyć. Przez te wszystkie lata przeżyłam ogromne upokorzenie, nerwy, byłam agresywna, nie chciałam chodzić do szkoły, gdzie nikt nie chciał się ze mną bawić. Nie miałam koleżanek, najczęściej siedziałam w domu, bałam się wychodzić do ludzi, nauczycielki przychodziły do mnie na lekcje. W domu nigdy się nie przelewało, dochody były kiepskie, to i nikt nie pomyślał, że można coś zrobić z moimi rękami, twarzą. Do niedawna miałam na oczach takie błony, przez które prawie nic nie widziałam, robiłam zeza, żeby coś zobaczyć. W pożarze miałam też poparzone lewe ucho, na które potem nie słyszałam, zniszczoną skórę głowy. Do dziś nie mam włosów, noszę perukę.
Lata mijały, a w jej życiu niewiele się zmieniało. Głównie siedziała w domu. Zresztą nawet nie było po co wychodzić. Znała z doświadczenia ten wzrok innych ludzi. Ale trudno się im dziwić, nie wyglądała najlepiej. Teraz prezentuje się bardzo przyzwoicie, można z nią rozmawiać na różne tematy, ma cel w życiu, własne pieniądze, chłopaka, z którym chce się związać na zawsze, i ma marzenia, w które wierzy, że się spełnią.
Ta wielka życiowa zmiana zaczęła się niedawno. – Martynka przyszła do nas rok temu na Warsztaty Terapii Zajęciowej i zapytała, czy może z nami zostać – wspomina Joanna Olczak, prezes płockiego oddziału TPD. – Na początku tylko u nas bywała, bo musiała opiekować się dziećmi siostry. Kiedy tylko zwolniło się u nas miejsce, natychmiast została przyjęta, a my zaczęliśmy myśleć, jak jej pomóc. Była taka dzielna po wszystkich swoich przejściach, że nie mogliśmy tak jej zostawić.
Pierwszą próbą zmian był udział w programie Ewy Drzyzgi w TVN. Wtedy tematem było „nie wstydzę się swojej twarzy”. Martyna opowiedziała o wypadku, o swoich przeżyciach. Wszyscy liczyli na jakąś pomoc. Niestety, ta nie nadeszła. Potem próbowali dowiedzieć się, jaką pomoc może Martyna dostać w Centrum Oparzeń w Siemianowicach, ale szybko okazało się, że najbardziej można liczyć na chirurga plastycznego.
Mimo tego, że od oparzeń minęło tyle lat, chirurg stwierdził, że można powoli wszystko naprawić i zrekonstruować, z wyjątkiem prawej ręki. U lewej można palce rozdzielić. Niestety, to trochę potrwa, bo trzeba czekać w kolejce. Jak się okazało, wcale nie tak długo. Adam, o którym za chwilę, dotarł do szpitala na Czerniakowskiej w Warszawie i w listopadzie 2010 roku Martyna była na pierwszej wizycie.
Teraz trzeba poświęcić słów kilka Adamowi. Kiedy Martyna zaczęła chodzić na Warsztaty, to natychmiast „zakochała” się w czatowaniu. Nadrabiała lata samotności, rozmawiając z kim popadnie. Wreszcie trafiła na Adama, poważnego mężczyznę, który zaczął z nią korespondować, a po tygodniu znajomości zaproponował, że przyjedzie do Płocka. Tego dnia, kiedy przyjechał, Martyna na pewno nie zapomni nigdy. – Wiedział, jak wyglądam, bo dokładnie mu opisałam – opowiada. – Napisałam do niego z troską, że nie wiem, jak zareaguje. A on odpowiedział, że jak zobaczy mnie, to będzie wiedział. Przyjechał z kwiatami w takich specjalnych pojemniczkach, bo przywiózł je z domu, a mieszka ponad 200 km od Płocka. Od razu zdecydowaliśmy się na to, by być razem, jego matka też mnie polubiła i zaakceptowała. Na pewno niejedna, by go chciała, ale on jest mój, nie oddam go nikomu, czekamy na ślub. Gdyby nie on, byłoby mi znacznie trudniej, a tak jestem szczęśliwa i wierzę, że wszystko dobrze się potoczy.
Adam miał duży udział w pilnowaniu kolejnych wizyt w szpitalu. Był przy Martynie, kiedy 4 lutego wycięli jej błony między oczami, dzięki czemu zaczęła lepiej widzieć. W maju kciuk został oddzielony od reszty ręki, co bardzo ułatwia życie. Ręka jest w miarę usprawniona. W sierpniu prawdopodobnie będą kolejne operacje, najpierw zrobią jej usta, potem nos. – Cieszę się, że zostanę nareperowana – mówi z uśmiechem.
Ten uśmiech gości jej na twarzy od roku, od kiedy zaczęła przychodzić na Warsztaty. Tu nikt się z niej nie śmiał, nikt jej nie krytykował, czuła się jak u siebie, mogła korzystać z komputera i malować, robić wycinanki. Znalazła swoje miejsce na ziemi. Po cichu mówi, że trochę ucieka z domu. Mieszka w Górach, w starym popegeerowskim budynku, 13 osób w dwóch pokojach. Jej dochód, stała renta w wysokości 534 zł, to jedyny pewny dochód w rodzinie. Mama dostaje pieniądze z opieki, tata pracuje dorywczo. Dlatego złożony został wniosek do Urzędu Miasta o mieszkanie komunalne. Może uda się zacząć samodzielne życie, wreszcie spać samemu w łóżku, bez siostry, na dodatek ze zoperowaną twarzą i ukochanym Adamem przy boku. Ale to nie koniec jej marzeń. Chciałaby pojechać w góry, pochodzić, pooddychać powietrzem i cieszyć się, że spotkała dobrych ludzi, którzy jej pomogli.
Pomogli i pomagają cały czas. W czerwcu w Teatrze odbył się koncert charytatywny, z którego cały dochód przeznaczony zostanie na kupienie maści, którymi trzeba smarować pooperacyjne rany. Jedna tubka to koszt około 200 zł, a tych potrzeba bardzo dużo. – Kiedy zabraknie pieniędzy, to zrobimy następny koncert – zapowiada Joanna Olczak. – Chcemy, by Martynka została wyleczona całkowicie i zaczęła normalne życie. Jest tak pełna optymizmu, że nie wyobrażamy sobie, by jej się nie udało. Przy naszej pomocy na pewno się uda.
Jola Marciniak
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości