Pod patronatem medialnym "Tygodnika Płockiego" i Radia Plus wczesną jesienią Koncert Andrzeja Jagodzińskiego w płockiej Kawiarni Artystycznej "Chimera" nie był wprawdzie oczekiwaną promocją nowego albumu pianisty z jazzowymi przeróbkami muzyki Fryderyka Chopina, tylko zestawem standardów, opatrzonych porywającymi improwizacjami na klawiaturze, dopełniony kilkoma chopinowskimi impresjami, przez publiczność został jednak przyjęty entuzjastycznie.Niewiele wskazywało na aż tak pozytywny rozwój wydarzeń wieczorem, 4 października, bo po pierwsze Andrzej Jagodziński przyjechał sam, a nie - jak spodziewała się większość słuchaczy - w trio, po drugie zaś nie miał, niestety, do dyspozycji odpowiedniego instrumentu tj. fortepianu, a jedynie jego elektroniczną imitację, keyboard firmy Roland. Parę minut po 20-tej, kiedy Jagodziński rozpoczął swój występ (zapowiedziany i poprowadzony przez płockiego aktora Jerzego Wieczorka, prywatnie przyjaciela pianisty) - okazało się, że wszystkie wątpliwości i trudności techniczne bledną przy dźwiękach wydobywanych z niepozornego, opartego na stojaku instrumentu. Z popularnych jazzowych tematów (m.in. "Autumn Leaves", "You And The Night And The Music") pianista wywiódł długie, rozbudowane, zapierające dech improwizowane wątki. Sprawność jego palców oraz melodyczna i rytmiczna fantazja z utworu na utwór powodowała coraz żywsze reakcje na widowni. Jeszcze raz okazało się, że gra się sercem a nie instrumentem, zaś żadna muzyczna elektronika nie jest w stanie zagłuszyć prawdziwej inwencji i pasji. Na drugą część koncertu złożyło się kilka przeróbek utworów Chopina z nowego, dwupłytowego albumu, nagranego przez trio Andrzeja Jagodzińskiego przy wsparciu Janusza Olejniczaka (płytę można było kupić po koncercie w barku "Chimery"). Jednak większe od najnowszych nagrań wrażenie zrobiło Preludium e-moll i Walc des-Dur, pochodzące z pierwszej chopinowskiej płyty artysty. Jako finał zabrzmiała jedyna kompozycja autorska legendy polskiego jazzu, czyli pochodzący sprzed prawie 30 lat przebojowy ragtime "Liść jagody" (dowcipnie nawiązujący tytułem i formą do słynnego ragtime`u "Klonowy liść" Scotta Joplina), swoisty bilet wizytowy pianisty. Na bis zabrzmiało jeszcze przepięknie, nastrojowo zagrane "Naprawdę jaka jesteś" Włodzimierza Nahornego, a później Jerzy Wieczorek musiał oficjalnie zakończyć występ, bo rozochocona publiczność nie pozwoliłaby Jagodzińskiemu zejść ze sceny do rana. Tuż przed koncertem Andrzej Jagodziński zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań specjalnie dla czytelników "Tygodnika Płockiego". Pański nowy album wypełniają znowu impresje chopinowskie. Czy uważa pan, że w muzyce Chopina, podobnie jak u Bacha, jazzowe tętno zostało już wcześniej ukryte, czy też trzeba je, niejako sztucznie, dorabiać? U Bacha jest tego na pewno znacznie więcej i znacznie lepiej widoczne. U Chopina ilościowo może mniej, i nie w każdym utworze, ale jeśli już gdzieś ten ukryty puls się pojawia, to brzmi tak samo silnie i fascynująco. Czy przymierzał się Pan do podobnych przeróbek muzyki także innych kompozytorów? Nie. Na razie pochłania mnie tylko Chopin. O innych nie myślałem. Dziś wystąpi Pan sam, bez trio. Jak bardzo wpływa to na wykonywaną muzykę? Gram za wszystkich. Jestem jednocześnie muzykiem podającym tematy, rozwijającym je, a także sekcją rytmiczną ustalającą tempo. Dwie najważniejsze moim zdaniem płyty z jazzowymi przeróbkami Chopina to właśnie Pańska i wychodząca jakby z całkiem innych założeń Leszka Możdżera. Co pan sądzi o przedsięwzięciu Możdżera i o różnicach między wami? Ja w tym wypadku jestem tradycjonalistą. Tamto wykonanie jest bardzo dobre, ale na wskroś nowoczesne. Ja ograniczam się do podania i tradycyjnego przetworzenia tematu, a Możdżer wprowadza jeszcze wiele innych elementów. Myślę, że nasze podejścia do Chopina i obie nasze płyty, jakoś się uzupełniają. A co, porównując z pierwszą, może Pan powiedzieć o swojej drugiej płycie z Chopinem? Ta pierwsza, z czarną okładką, była nagrywana w pośpiechu, cała sesja trwała raptem sześć godzin. Nikt nie miał pojęcia, czy to ma sens, czy się sprzeda, czy w ogóle do kogoś trafi. Teraz jest inaczej. Mieliśmy tyle czasu, ile chcieliśmy, okładka została przygotowana starannie, łącznie z komentarzem krytyki, no i jest Janusz Olejniczak. Poza tym przybyło doświadczenia. Teraz lepiej wiedzieliśmy, czego chcemy. Po Pańskim koncercie w płockim Domu Kultury parę lat temu, miałem wrażenie, że ta muzyka lepiej zabrzmiała na żywo niż nagrana na płycie "Chopin", że byliście bardziej rozluźnieni, improwizacje były ciekawsze, a utwory bardziej rozbudowane... Wiadomo, że jazz to ze swej natury muzyka, która lepiej wypada na żywo. Jest atmosfera, kontakt z publicznością. To wszystko podgrzewa emocje. A poza tym, jak powiedziałem, nasza pierwsza płyta była nagrywana na łapu-capu i dopiero na koncertach wszystko się dogrywało i doskonaliło. Ale przede wszystkim - jazz to żywa muzyka. Widzę, że na scenie brakuje, niestety, fortepianu. Czy uważa Pan, że instrument elektroniczny, który będzie Pan miał do dyspozycji, wystarczy? Przyznaję, że w takich sytuacjach raczej nie korzystam z zaproszeń. Tym razem na prośbę mego przyjaciela, Jerzego Wieczorka, zrobiłem wyjątek. Tyle tylko, że musiałem dostosować program koncertu do możliwości, więc nie usłyszymy za chwilę kompletu utworów Chopina z mojej nowej płyty. Kilka z nich pojawi się, ale głównie będą to inne kompozycje. No cóż, w imieniu własnym, czytelników "Tygodnika Płockiego" i publiczności zebranej dziś tutaj, obiecuję, że następnym razem postaramy się aby odpowiedni instrument był i czekał na Pana i Pańską muzykę. Mając nadzieję, że to nie ostatnie nasze spotkanie w Płocku, dziękuję za rozmowę. Ja również mam nadzieję i dziękuję. Wysłuchał i porozmawiał Maciej Woźniak.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze