Czterech panów ze spółki wodnej w Łęgu kupiło w maju tego roku w sklepie “J.” kosiarkę do ścinania trawy w rowach melioracyjnych. W ciągu 5 miesięcy kosiarka psuła się aż trzy razy. W sklepie pierwszą awarię naprawiono w ramach gwarancji, za dwie kolejne panowie musieli zapłacić z własnych pieniędzy.– Sprzedawca powiedział nam, że ta kosiarka przystosowana jest do wszystkiego. Gwarancja miała być ważna przez rok. Niestety, urządzenie szybko się popsuło. Pierwszą awarię naprawiono za darmo, w ramach gwarancji, ale już za drugą musieliśmy zapłacić 50 zł, a za trzecia aż 500 zł. Wszystko z naszych prywatnych kieszeni – ubolewa mężczyzna.
Z relacji wynika, że najpierw zaczęła się grzać tzw. główka od kosiarki, za drugim razem pękł plastikowy element, który umożliwia nałożenie szelek na plecy koszącego, a za trzecim obluzował się korbowód: – Kupiliśmy bubel, który wciąż się psuje. Nie możemy tego przepuścić – zapowiada nasz rozmówca.
Właściciel sklepu jest odmiennego zdania. Najpierw mówi, że chodzi nie o kosiarkę, ale o kosę na wysięgniku: – Kosa została zatarta, ponieważ zbyt długo pracowała i była nieodpowiednio wykorzystywana. Koszący stwierdził, że lepiej będzie się cięło trawę bez osłony, więc ją zrzucił. Silnik został przeciążony i zatarł się – tłumaczy.
A więc wszystko przez zrzucenie osłony. Właściciel sklepu uważa, że ocena powodu uszkodzenia przeprowadzona została fachowo, bo aż w serwisie centralnym – kosę badali pracownicy importera urządzania, nie może więc być pomyłki: – Jestem przekonany, że awarie spowodowane były winą użytkownika. Dysponuję dowodami na ten temat. Nieraz podczas przyjmowania reklamacji bywa różnie, ale w tym przypadku nie mam żadnych wątpliwości.
Spółka wodna z Łęga swoje, sprzedawca swoje. Co będzie, gdy kosa trafi na kamień i obie strony zaczną dochodzić swoich racji na drodze sądowej? Tego na razie nie wie nikt.
(eg)
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze