Ze Zbigniewem Kruszewskim, posłem na Sejm RP, rozmawia Tomasz Szatkowski Miją dwa tygodnie od zaprzysiężenia pana na posła RP. Na co pan te chwile poświęcił? Miał pan czas na zajmowanie się konkretnymi sprawami, choćby projektami ustaw, czy jest pan raczej – co zrozumiałe – na etapie organizacji swojej pracy. Jak wyglądał ten pierwszy tydzień? Pierwszy tydzień polega zazwyczaj na regulowaniu pewnych kwestii związanych z działalnością poselską. Proszę pamiętać, że poseł to pewnego rodzaju firma, która zatrudnia ludzi, ma prawo wydawać pieniądze na określone cele. Zatem trzeba wystąpić o nadanie regonu, pieczątki do prowadzenia biura, założyć konto bankowe itp. Kolejna sprawa, która mnie w mijającym tygodniu zajmowała, to systematyczne kończenie spraw, którymi się na co dzień zajmuję, a które w jakiś sposób utrudniałyby moją pracę poselską w przyszłości. Przez 2 dni byłem na Słowacji na spotkaniu z okazji 10-lecia tamtejszego Katolickiego Uniwersytetu. Żałuję bardzo, że brak czasu w mijającym tygodniu nie pozwolił mi wziąć udziału w konferencji rektorów akademickich szkół polskich, która odbyła się w Kielcach i która dotyczyła zmian ustawy o szkolnictwie wyższym i strategii szkolnictwa wyższego, zatem bardzo istotnych kwestii. Jak dużo zmieniło się w parlamencie od czasu pana ostatniej w nim bytności. Przypomnijmy, że przez dwie kadencje w latach 1997-2005 zasiadał pan w ławie senatorskiej. Proszę pamiętać, że zasiadam obecnie w zupełnie innym miejscu, jeśli chodzi o parlament. Ława senatorska zamieniła się w ławę poselską. I powiem uczciwie: po pierwszym moim posiedzeniu w sejmie jestem bardzo zniesmaczony. W senacie było nie do wyobrażenia, żeby rozmawiać w czasie obrad, żeby korzystać w międzyczasie z telefonu, żeby stać tyłem do pana Marszałka, kiedy ten prowadzi obrady. Powtórzę: jestem bardzo zniesmaczony, wręcz zdruzgotany poziomem zachowania się moich kolegów posłów. W senacie było to nie do pomyślenia. A może to po prostu kwestia zmiany pokoleń i tym samym pewnych wartości? To nie tak! To po prostu pokazywanie daleko idącej nonszalancji, lekceważenia obrad, pana Marszałka. Lekceważenie tego miejsca, tak ważnego dla kraju, jest poniżej pewnego etycznego wzorca. Proszę powiedzieć, dlaczego po tragicznej śmierci pańskiej poprzedniczki – Jolanty Szymanek-Deresz zgodził się pan objąć, korzystając z prawa pierwszeństwa, mandat poselski. Wszak jako rektorowi Szkoły Wyższej im. Pawła Włodkowica, jednocześnie szefowi Towarzystwa Naukowego Płockiego obowiązków panu nie brakuje... Muszę zgodzić się z panem, że tych obowiązków rzeczywiście mam dużo, stąd długo się nad tą kwestią zastanawiałem. Co ostatecznie zadecydowało, że wyraziłem zgodę? Między innymi duże znaczenie miał szacunek dla tragicznie zmarłej pani poseł; chodziło w pewnym sensie o dokończenie jej dzieła. Poza tym musiałem pamiętać o tych wyborcach, którzy 2,5 roku temu głosowali na mnie. Ważna także była zgoda mojej żony na powrót do działalności parlamentarnej. Nie ukrywam też, że ostatecznie przeważyła namowa różnych osób, między innymi pana Marszałka Longina Pastusiaka, pana Wojciecha Olejniczaka, profesora Klajbera – prezesa Polskiej Akademii Nauk. Jak panu wiadomo, jestem przewodniczącym Rady Towarzystw Naukowych przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk. Stąd moja rozmowa z panem profesorem, czy da się to wszystko pogodzić. Nie bez znaczenia jest fakt, że jestem inicjatorem ustawy o towarzystwach naukowych, która znalazła się już w sejmie, więc to moje dzieło może być w jakiś sposób w obecnej sytuacji przeze mnie pilotowane. Co z elementów programu wyborczego pani poseł Szymanek-Deresz ujęło pana szczególnie, co ewentualnie chciałby pan kontynuować? Łączy nas przede wszystkim fakt, że zawsze czułem się związany z lewicą. Uważam, że lewica bardziej wnikliwie niż inne ugrupowania odnosi się do spraw społecznych. W wyborach parlamentarnych startowaliśmy z tej samej formacji. Nie przeszedłem do innej formacji politycznej, jak niektórzy ze znanych polityków. Zakładam, że pani poseł miała jakieś niedokończone sprawy, przykładowo wystąpiła z jakąś interpelacją i to trzeba będzie śledzić. Są także inne kwestie. Pani Jolanta patronowała na przykład konkursowi szkolnemu na temat znajomości spraw Unii Europejskiej, gdzie laureaci w nagrodę mieli wyjechać do Brukseli na zwiedzanie Parlamentu Europejskiego. Wiadomo, że tę kwestię także trzeba będzie dokończyć. Natomiast ciężko tu mówić o jakimś testamencie politycznym pani poseł. Taki nie istnieje. A jaki pański indywidualny ślad chce pan odcisnąć podczas tej pozostałej, niedługiej już części kadencji posła? Co będzie pańskim credo? Na pewno nie są mi obce problemy szkolnictwa wyższego, a jeśli poseł może się odnosić do tak zwanego lokalnego rynku, to chętnie bym chciał ten płocki rynek uporządkować. To znaczy, żeby była większa paleta możliwości do studiowania, ale żeby to się odbywało z sensem, a nie na zasadzie czasami bezsensownej konkurencji. Moim konikiem, choćby dlatego, że jestem rzeczoznawcą techniki samochodowej i ruchu drogowego, był i jest układ komunikacyjny. Płock jest szalenie zaniedbany pod tym względem. Zbyt długo trwa skomunikowanie Płocka z ważnymi arteriami wojewódzkimi i krajowymi. Jeśli chodzi o sprawy kraju, na pewno skupię się na szkolnictwie wyższym, które jest obecnie przed olbrzymim wyzwaniem, bowiem przygotowane są całe pakiety ustaw, które mają tę kwestię normować. Co do innych spraw, którymi kiedyś zajmowałem się w senacie, to oddałem się do dyspozycji klubu, który reprezentuję. W prace sejmu wchodzę w trakcie jego funkcjonowania, ciężko zatem proponować zajęcie się czymś, co inni robią od dwóch i pół roku. Wprawdzie kto inny szefuje kołu SLD w Płocku, czyli partii z ramienia której zasiada pan obecnie w parlamencie, ale czy jako najwyższy w mieście ustawodawczą rangą włączy się pan aktywnie w działania na rzecz promocji swojej partii, choćby w najbliższą kampanię do wyborów samorządowych, gdzie wasze ugrupowanie wystawiło swojego kandydata Wojciecha Hetkowskiego? Muszę panu z przykrością odpowiedzieć, że partia chyba niczego ode mnie nie oczekuje, bo partia nie prowadzi ze mną żadnych rozmów. Byłem ostatnio w Warszawie, to moją inicjatywą było doprowadzenie do rozmowy z przewodniczącą Rady Wojewódzkiej SLD i stwierdziłem, że żadnych planów co do mojej osoby nie ma. Są ewentualnie prośby o wsparcie finansowe. Oczywiście, jestem człowiekiem lewicy, więc na pewno nie odwrócę się tyłem do tego, co się dzieje chociażby na lokalnej arenie politycznej. Zachowam jednak wyważone stanowisko. Kadencja obecnego sejmu to niecałe półtora roku. Proszę zdradzić: będzie pan kandydował do parlamentu w następnych wyborach parlamentarnych? Jeśli chce pan znać moją szczerą odpowiedź na dzisiaj, to nie. I nie wiem, co by miało się takiego znaczącego wydarzyć, co doprowadziłoby do zmiany mojej decyzji. Zgodziłem się na dokończenie tej kadencji z uwagi na pamięć po pani poseł, ale praca w dłuższym okresie raczej mnie nie pociąga. A poza tym... Niech się wykazują inni!
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze