Gdyby zapytać o najsłynniejsze ciasteczka w historii, pewnie wiele osób przypomniałoby sobie o proustowskich magdalenkach, których smak przenosił bohatera do czasów dzieciństwa. Obieżyświatom przyszłyby na myśl może słynne Pasteis de Belém z Lizbony albo toskańskie cantucci. Wszystkie te i inne ciasteczka, choć pyszne i unikatowe, nie wyglądają jednak tak sympatycznie jak płockie marcelinki. A formy użyczył im… kapelusz pani Przełożonej.
Marcelina Rościszewska, nazywana przez swoje uczennice panią Przełożoną, była najsłynniejszą dyrektorką szkoły w przedwojennym Płocku. Od 1908 roku kierowała pierwszą w mieście Szkołą Żeńską Udziałową. Na to odpowiedzialne stanowisko polecił ją prałat Ignacy Lasocki, który wraz z mecenasem Stefanem Balińskim zainicjował powstanie prywatnego gimnazjum dla panien w 1907 roku. Przełożona była kobietą niezwykłą, odznaczającą się zdecydowanymi poglądami i silnym charakterem. Do tego – odebrała doskonałe wykształcenie, świetnie mówiła po francusku i grała na fortepianie. Trochę przypadkiem znalazła się na Mazowszu, wychodząc za mąż za właściciela dworu w Niedrożu – Seweryna Rościszewskiego. I pozostałyby może jej różnorodne talenty niewykorzystane, gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności, dzięki któremu została jedną z najbardziej szanowanych postaci w Płocku.
Marcelina Dąbrowska urodziła się 9 listopada 1875 roku w Libawie na Żmudzi (dzisiejsza Łotwa). Była jedynaczką. Rodzice Jan Dąbrowski i Leokadia z Landsbergów zmarli wcześnie i wychowaniem dziewczynki musieli zająć się majętni krewni. Wyjątkowy upór i krnąbrność panienki, ale i nieprzeciętne zdolności zawiodły ją do Instytutu Panien Szlacheckich im. Cesarzowej Marii Fiodorowny Romanowej w Białymstoku. Szkołę ukończyła ze złotym medalem, choć wstępując do niej, nawet nie znała rosyjskiego. Za świetne wyniki w nauce groziło jej stypendium cesarzowej i dalsze studia w Petersburgu lub w Moskwie, ale w życiorysie dołączanym do podania o stypendium zgodnie z prawdą napisała, że „pragnie się uczyć, bo móc pracować z pożytkiem dla Polski”, nie dla cesarza, i to rzecz jasna oznaczało koniec kariery naukowej w Rosji. Dzięki dobrym koneksjom rodzinnym Marcelinę wysłano więc do Paryża, do Instytutu Panien Polskich w Hotelu Lambert. Jego uczennice miały prawo wyboru wykładów na Sorbonie. Panna Dąbrowska zdecydowała się na kurs filozofii profesora Borchardta, na który uczęszczała osiem semestrów. Po zakończeniu nauki w Paryżu otrzymała dyplom z odznaczeniem i wyjechała, zwiedzając po drodze kilka krajów, z powrotem na Żmudź. Nie pobyła tam jednak długo. Pobyt przypłaciła zawodem miłosnym. A ponieważ wybranek został zeswatany z inną panną, i ona nie czekała z zamążpójściem. 19 października 996 roku wyszła za mąż za Seweryna z Niedroża, starszego o 17 lat, który oprócz tego, że pięknie się prezentował i dobrze tańczył – chyba nie pasował do światowej panienki. Na imieninach bratowej, w miesiąc po ślubie, pierwszy raz oficjalnie przedstawiła się towarzystwu. „Studentka Sorbony! Było to wówczas na cichej, sielskiej wsi płockiej coś niespotykanego […]. Biedny ten Sewryn – ubolewały nad mężem moim starsze ciotki i wujenki. Młodzież była znów ciekawa, jak wygląda taka, która zaryzykowała samodzielne studia za granicą” – napisała we wspomnieniach Marcelina. Nie musiała długo przekonywać ziemiańskiego towarzystwa do swojej osoby. Od razu rzuciła się w wir organizowania. Tu Spółdzielnia Kobiet Wiejskich, tu projekty oświatowe dla najuboższych. Szło jej bardzo dobrze, więc jej talenty postanowił wykorzystać w nowej szkole prałat Lasocki, trochę ratując ją od życia na sielskiej płockiej wsi.
14 listopada 1920 roku gimnazjum mieszczące się w wykupionych u zbiegu ulic Kolegialnej i Misjonarskiej budynkach upaństwowiono, nadając mu nowe imię i godną patronkę, najpewniej według sugestii pani Przełożonej. W statucie Państwowego Gimnazjum Żeńskiego im. Hetmanowej Reginy Żółkiewskiej w Płocku napisano: „Niech jasna postać małżonki wielkiego Hetmana, wspólniczki jego prac i ofiar, towarzyszki wiernej w szczęściu i niedoli, zmarłego pamięć otaczającej niewygasłą czcią i miłością, rozumnej matki, rządnej opiekunki powierzonego jej miasta, stanie się dla wychowanic szkoły wzorem cnót domowych, społecznych i narodowych, a pamięć o niej niech wiąże młode serca z przeszłością, która taką żoną, matką i obywatelką poszczycić się może”. Na oficjalnej uroczystości, która odbyła się w szkole, Marcelina Rościszewska przedstawiła postać patronki słowami: – Życie hetmanowej nie biło wprawdzie blaskiem czynów nadzwyczajnych, nie oślepiało twórczością talentu czy genjuszu, ale to w niczem nie zmniejsza zasług tej świetlanej postaci, gdyż łatwiej zdobyć się na czyn bohaterski, który nas do historji zapisze niż przeżyć życie szlachetnie i pożytecznie, jak je przeżyła R. Żółkiewska. Z czasem maturzystki płockiego gimnazjum były przyjmowane bez egzaminów na uczelnie zagraniczne – tak wysokim poziomem szczyciła się szkoła pod rządami pani Przełożonej. Marcelina nie przerwała nauczania podczas pierwszej wojny światowej. W 1917 roku zorganizowała Komitet Pomocy dla „Szczypiornistów”, czyli legionistów polskich internowanych w obozach w Szczypiornie i Łomży. Po odzyskaniu niepodległości powołała Służbę Narodową Kobiet Polskich, która organizowała paczki, przedstawienia dobroczynne, wydawała posiłki, szyła odzież dla wojska. Słowem – pomagała żołnierzom i odradzającej się ojczyźnie, jak mogła. Przełożona nawet osobiście odwiozła ochotników do obleganego Lwowa. W sierpniu 1920 roku, gdy miasto napadli bolszewicy, dała jeszcze większe dowody ofiarności. Szkołę zamieniła na „szpital, punkt opatrunkowy, salę wypoczynkową, intendenturę, szwalnię, herbaciarnię, biuro pisania listów i kuchnię dla dożywiania żołnierzy w okopach“. Budynek kilkakrotnie napadano. Gdy bolszewicy byli już w środku, spadł na niego pocisk polskiej artylerii stacjonującej w Radziwiu. Szkoła przetrwała piekło najazdu. 10 kwietnia 1921 roku marszałek Piłsudski odznaczył dyrektorkę Państwowego Gimnazjum Żeńskiego Krzyżem Walecznych. Odbierała go ubrana w swój ulubiony charakterystyczny kapelusz. Jasne nakrycie głowy korespondowało z jasnymi bucikami i białymi rękawiczkami. Marcelina Rościszewska kierowała szkołą do 1935 roku. Potem wyjechała do Krakowa. Zmarła 4 kwietnia 1949 roku. Została pochowana w grobowcu rodzinnym w Będkowicach. Uwieczniona została na polichromii Władysława Drapiewskiego w bazylice katedralnej jako jedna ze słuchaczek kazania Jezusa.
– Mazowiecka historia mojej rodziny zawsze mnie bardzo interesowała – opowiadał prof. Lech Michał Rościszewski, wnuk Marceliny podczas pobytu w Płocku latem tego roku. Wraz z siostrą, córką i wnukiem udali się w podróż śladami swojej rodziny.
– Z tego, co mi opowiadano, wynika, że przez pierwsze dwa lata życia byłem w Smardzewie, w majątku stryjecznej babki, który mój ojciec administrował. Z Płocka pozostały w moich wspomnieniach migawki, np. różane stoki. Mieszkanie babci Marceliny połączone było z gimnazjum. Wchodziło się wprost ze schodów. Zapamiętałem z ulicy Kolegialnej drewnianą podłogę. Uczennice chciały mnie brać na ręce, a ja się wykręcałem, jak mogłem. Kiedyś ksiądz Lasocki zabrał mnie i moją siostrę bryczką na przejażdżkę. Ulice wylewano asfaltem. Spytałem, co to jest asfalt. „To jest asfalt, który występuje w piekle, i jak kto jest niegrzeczny to będzie usmażony“. Ta wizja prześladowała mnie do 12. roku życia. W 1928 roku ojciec dostał pracę w Kielcach i wyjechaliśmy z Płocka. Wnuczka Marceliny, doktor Janina Rościszewska, zwiedzając ekspozycję secesji w Muzeum Mazowieckim, z uwagą przyglądała się srebrnej popielniczce z nagą tancerką. – Taka była również w krakowskim domu babki – opowiadała Janina Rościszewska, której babka nakazała zrobić stosowny przyodziewek dla panienki. Janina musiała wydziergać szydełkiem sukieneczkę. Żeby nie było zgorszenia.
Marcelina Rościszewska powróciła do Płocka najpierw za sprawą I Prywatnego Liceum Ogólnokształcącego, które dostało jej imię, potem – w inscenizacji obrony Płocka w 1920 roku i wreszcie, symbolicznie „w ciasteczkach“ w kształcie słynnego kapelusza, który nosiła. Ponad trzy tysiące upieczonych przez uczniów, rodziców i nauczycieli z Zespołu Szkół Ogólnokształcących Specjalnych nr 7 marcelinek rozdano 11 listopada, podczas obchodów Narodowego Święta Niepodległości. Akcję zorganizowano już po raz drugi wspólnie z instruktorami Kręgu Myśli Braterskiej przy Komendzie Hufca ZHP w Płocku im. Obrońców Płocka 1920 r. Zebrane przy okazji cegiełki przeznaczone są na sprzątanie i odnowę grobów Orląt Lwowskich i innych ważnych pomników polskiej historii na Wschodzie. Pani Przełożonej z pewnością taka inicjatywa przypadłaby do gustu. Była przecież „człowiekiem niezwykłym, niemieszczącym się w ramach naszej epoki” – powiedział o niej Kazimierz Mayzner, prezes Klubu Artystycznego Płocczan, „admirałem w peniuarze” (jak określały ją rosyjskie władze szkolne), który łamał wszelkie zakazy, osobą posługującą się pięknym językiem i wspaniała dykcją. Absolwentka „Reginek” Wanda Chrostowska wspomina, że każde przemówienie dyrektorki do wychowanek nacechowane było głęboką miłością do ojczyzny.
Lena Szatkowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze