Reklama

Kapelusz pani Przełożonej

18/11/2014 13:31
Gdyby zapytać o najsłynniejsze ciasteczka w historii, pewnie wiele osób przypomniałoby sobie o proustowskich magdalenkach, których smak przenosił bohatera do czasów dzieciństwa. Obieżyświatom przyszłyby na myśl może słynne Pasteis de Belém z Lizbony albo toskańskie cantucci. Wszystkie te i inne ciasteczka, choć pyszne i unikatowe, nie wyglądają jednak tak sympatycznie jak płockie marcelinki. A formy użyczył im… kapelusz pani Przełożonej.
Marcelina Rościszewska, nazywana przez swoje uczennice panią Przełożoną, była najsłynniejszą dyrektorką szkoły w przedwojennym Płocku. Od 1908 roku kierowała pierwszą w mieście Szkołą Żeńską Udziałową. Na to odpowiedzialne stanowisko polecił ją prałat Ignacy Lasocki, który wraz z mecenasem Stefanem Balińskim zainicjował powstanie prywatnego gimnazjum dla panien w 1907 roku. Przełożona była kobietą niezwykłą, odznaczającą się zdecydowanymi poglądami i silnym charakterem. Do tego – odebrała doskonałe wykształcenie, świetnie mówiła po francusku i grała na fortepianie. Trochę przypadkiem znalazła się na Mazowszu, wychodząc za mąż za właściciela dworu w Niedrożu – Seweryna Rościszewskiego. I pozostałyby może jej różnorodne talenty niewykorzystane, gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności, dzięki któremu została jedną z najbardziej szanowanych postaci w Płocku.
Marcelina Dąbrowska urodziła się 9 listopada 1875 roku w Libawie na Żmudzi (dzisiejsza Łotwa). Była jedynaczką. Rodzice Jan Dąbrowski i Leokadia z Landsbergów zmarli wcześnie i wychowaniem dziewczynki musieli zająć się majętni krewni. Wyjątkowy upór i krnąbrność panienki, ale i nieprzeciętne zdolności zawiodły ją do Instytutu Panien Szlacheckich im. Cesarzowej Marii Fiodorowny Romanowej w Białymstoku. Szkołę ukończyła ze złotym medalem, choć wstępując do niej, nawet nie znała rosyjskiego. Za świetne wyniki w nauce groziło jej stypendium cesarzowej i dalsze studia w Petersburgu lub w Moskwie, ale w życiorysie dołączanym do podania o stypendium zgodnie z prawdą napisała, że „pragnie się uczyć, bo móc pracować z pożytkiem dla Polski”, nie dla cesarza, i to rzecz jasna oznaczało koniec kariery naukowej w Rosji. Dzięki dobrym koneksjom rodzinnym Marcelinę wysłano więc do Paryża, do Instytutu Panien Polskich w Hotelu Lambert. Jego uczennice miały prawo wyboru wykładów na Sorbonie. Panna Dąbrowska zdecydowała się na kurs filozofii profesora Borchardta, na który uczęszczała osiem semestrów. Po zakończeniu nauki w Paryżu otrzymała dyplom z odznaczeniem i wyjechała, zwiedzając po drodze kilka krajów, z powrotem na Żmudź. Nie pobyła tam jednak długo. Pobyt przypłaciła zawodem miłosnym. A ponieważ wybranek został zeswatany z inną panną, i ona nie czekała z zamążpójściem. 19 października 996 roku wyszła za mąż za Seweryna z Niedroża, starszego o 17 lat, który oprócz tego, że pięknie się prezentował i dobrze tańczył – chyba nie pasował do światowej panienki. Na imieninach bratowej, w miesiąc po ślubie, pierwszy raz oficjalnie przedstawiła się towarzystwu. „Studentka Sorbony! Było to wówczas na cichej, sielskiej wsi płockiej coś niespotykanego […]. Biedny ten Sewryn – ubolewały nad mężem moim starsze ciotki i wujenki. Młodzież była znów ciekawa, jak wygląda taka, która zaryzykowała samodzielne studia za granicą” – napisała we wspomnieniach Marcelina. Nie musiała długo przekonywać ziemiańskiego towarzystwa do swojej osoby. Od razu rzuciła się w wir organizowania. Tu Spółdzielnia Kobiet Wiejskich, tu projekty oświatowe dla najuboższych. Szło jej bardzo dobrze, więc jej talenty postanowił wykorzystać w nowej szkole prałat Lasocki, trochę ratując ją od życia na sielskiej płockiej wsi.
14 listopada 1920 roku gimnazjum mieszczące się w wykupionych u zbiegu ulic Kolegialnej i Misjonarskiej budynkach upaństwowiono, nadając mu nowe imię i godną patronkę, najpewniej według sugestii pani Przełożonej. W statucie Państwowego Gimnazjum Żeńskiego im. Hetmanowej Reginy Żółkiewskiej w Płocku napisano: „Niech jasna postać małżonki wielkiego Hetmana, wspólniczki jego prac i ofiar, towarzyszki wiernej w szczęściu i niedoli, zmarłego pamięć otaczającej niewygasłą czcią i miłością, rozumnej matki, rządnej opiekunki powierzonego jej miasta, stanie się dla wychowanic szkoły wzorem cnót domowych, społecznych i narodowych, a pamięć o niej niech wiąże młode serca z przeszłością, która taką żoną, matką i obywatelką poszczycić się może”. Na oficjalnej uroczystości, która odbyła się w szkole, Marcelina Rościszewska przedstawiła postać patronki słowami: – Życie hetmanowej nie biło wprawdzie blaskiem czynów nadzwyczajnych, nie oślepiało twórczością talentu czy genjuszu, ale to w niczem nie zmniejsza zasług tej świetlanej postaci, gdyż łatwiej zdobyć się na czyn bohaterski, który nas do historji zapisze niż przeżyć życie szlachetnie i pożytecznie, jak je przeżyła R. Żółkiewska. Z czasem maturzystki płockiego gimnazjum były przyjmowane bez egzaminów na uczelnie zagraniczne – tak wysokim poziomem szczyciła się szkoła pod rządami pani Przełożonej. Marcelina nie przerwała nauczania podczas pierwszej wojny światowej. W 1917 roku zorganizowała Komitet Pomocy dla „Szczypiornistów”, czyli legionistów polskich internowanych w obozach w Szczypiornie i Łomży. Po odzyskaniu niepodległości powołała Służbę Narodową Kobiet Polskich, która organizowała paczki, przedstawienia dobroczynne, wydawała posiłki, szyła odzież dla wojska. Słowem – pomagała żołnierzom i odradzającej się ojczyźnie, jak mogła. Przełożona nawet osobiście odwiozła ochotników do obleganego Lwowa. W sierpniu 1920 roku, gdy miasto napadli bolszewicy, dała jeszcze większe dowody ofiarności. Szkołę zamieniła na „szpital, punkt opatrunkowy, salę wypoczynkową, intendenturę, szwalnię, herbaciarnię, biuro pisania listów i kuchnię dla dożywiania żołnierzy w okopach“. Budynek kilkakrotnie napadano. Gdy bolszewicy byli już w środku, spadł na niego pocisk polskiej artylerii stacjonującej w Radziwiu. Szkoła przetrwała piekło najazdu. 10 kwietnia 1921 roku marszałek Piłsudski odznaczył dyrektorkę Państwowego Gimnazjum Żeńskiego Krzyżem Walecznych. Odbierała go ubrana w swój ulubiony charakterystyczny kapelusz. Jasne nakrycie głowy korespondowało z jasnymi bucikami i białymi rękawiczkami. Marcelina Rościszewska kierowała szkołą do 1935 roku. Potem wyjechała do Krakowa. Zmarła 4 kwietnia 1949 roku. Została pochowana w grobowcu rodzinnym w Będkowicach. Uwieczniona została na polichromii Władysława Drapiewskiego w bazylice katedralnej jako jedna ze słuchaczek kazania Jezusa.
– Mazowiecka historia mojej rodziny zawsze mnie bardzo interesowała – opowiadał prof. Lech Michał Rościszewski, wnuk Marceliny podczas pobytu w Płocku latem tego roku. Wraz z siostrą, córką i wnukiem udali się w podróż śladami swojej rodziny.
– Z tego, co mi opowiadano, wynika, że przez pierwsze dwa lata życia byłem w Smardzewie, w majątku stryjecznej babki, który mój ojciec administrował. Z Płocka pozostały w moich wspomnieniach migawki, np. różane stoki. Mieszkanie babci Marceliny połączone było z gimnazjum. Wchodziło się wprost ze schodów. Zapamiętałem z ulicy Kolegialnej drewnianą podłogę. Uczennice chciały mnie brać na ręce, a ja się wykręcałem, jak mogłem. Kiedyś ksiądz Lasocki zabrał mnie i moją siostrę bryczką na przejażdżkę. Ulice wylewano asfaltem. Spytałem, co to jest asfalt. „To jest asfalt, który występuje w piekle, i jak kto jest niegrzeczny to będzie usmażony“. Ta wizja prześladowała mnie do 12. roku życia. W 1928 roku ojciec dostał pracę w Kielcach i wyjechaliśmy z Płocka. Wnuczka Marceliny, doktor Janina Rościszewska, zwiedzając ekspozycję secesji w Muzeum Mazowieckim, z uwagą przyglądała się srebrnej popielniczce z nagą tancerką. – Taka była również w krakowskim domu babki – opowiadała Janina Rościszewska, której babka nakazała zrobić stosowny przyodziewek dla panienki. Janina musiała wydziergać szydełkiem sukieneczkę. Żeby nie było zgorszenia.
Marcelina Rościszewska powróciła do Płocka najpierw za sprawą I Prywatnego Liceum Ogólnokształcącego, które dostało jej imię, potem – w inscenizacji obrony Płocka w 1920 roku i wreszcie, symbolicznie „w ciasteczkach“ w kształcie słynnego kapelusza, który nosiła. Ponad trzy tysiące upieczonych przez uczniów, rodziców i nauczycieli z Zespołu Szkół Ogólnokształcących Specjalnych nr 7 marcelinek rozdano 11 listopada, podczas obchodów Narodowego Święta Niepodległości. Akcję zorganizowano już po raz drugi wspólnie z instruktorami Kręgu Myśli Braterskiej przy Komendzie Hufca ZHP w Płocku im. Obrońców Płocka 1920 r. Zebrane przy okazji cegiełki przeznaczone są na sprzątanie i odnowę grobów Orląt Lwowskich i innych ważnych pomników polskiej historii na Wschodzie. Pani Przełożonej z pewnością taka inicjatywa przypadłaby do gustu. Była przecież „człowiekiem niezwykłym, niemieszczącym się w ramach naszej epoki” – powiedział o niej Kazimierz Mayzner, prezes Klubu Artystycznego Płocczan, „admirałem w peniuarze” (jak określały ją rosyjskie władze szkolne), który łamał wszelkie zakazy, osobą posługującą się pięknym językiem i wspaniała dykcją. Absolwentka „Reginek” Wanda Chrostowska wspomina, że każde przemówienie dyrektorki do wychowanek nacechowane było głęboką miłością do ojczyzny.
Lena Szatkowska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości