Reklama

Kandyd albo jak być szczęśliwym

02/02/2006 15:00
Zupełnie niewłaściwie pan płacze. Aktorka jest bardzo licha, partner jej jeszcze lichszy, sztuka gorsza niż aktorzy, autor nie umie nawet słowa po arabsku, a wszakże scena rozgrywa się w Arabii – kpi Wolter w jednej ze scen swojej sławnej powiastki filozoficznej Kandyd. Na szczęście to tylko żart na temat wiecznych malkontentów. Płocka Inscenizacja Kandyda w reżyserii Jacka Andruckiego jest żywa i atrakcyjna teatralnie. A problemów z Kandydem co niemiara. Bo czyż filozofia może być atrakcyjna? Wolter przekonał swój wiek, że owszem, pokazując smutną klęskę oświeceniowego optymizmu, w błyskotliwej formie pełnej wydarzeń powieści. Jak to oddać w teatrze, by nie uronić niczego z przesłania francuskiego myśliciela o wcale nie najlepszym ze światów, w którym przyszło żyć jego bohaterom?
Płockiemu spektaklowi pomogła dobra adaptacja Krzysztofa Orzechowskiego i Macieja Wojtyszki oraz muzyczna konwencja widowiska, w której zagrało i zaśpiewało jedenaścioro aktorów Teatru im. Szaniawskiego. Paradoksalnie ta forma w pewnym sensie również trochę zaszkodziła. Błyskotliwe piosenki, pastisze arii operowych i zabawne sytuacje przyciągają uwagę odbiorców, ale znika gdzieś finezja tekstu. Może tej wierzchniej warstwy jest trochę za dużo i zbyt długo.
Nie bez powodu przypomniałam scenę rozgrywającą się w teatrze. W konstrukcji spektaklu reżyser zastosował bowiem sprawdzoną już w jego realizacji Skąpca (również na płockiej scenie) formę teatru w teatrze. Główny element scenograficzny na prawie pustej scenie, stanowią dwie otwarte garderoby. Na oczach widza grający po kilka ról aktorzy zmieniają kostiumy, wchodzą w nowe sytuacje, pokazują, że kostium na równi z tekstem, do którego mają dystans, przydaje scenie ironii albo powagi.

Nic tu nie jest pewne i możliwe, w tym podobno najlepszym ze światów. Zdarzyć się może wszystko, a nieprawdopodobne wypadki nabierają nowych sensów. Gwałceni, wieszani, pocięci na kawałki bohaterowie Woltera (jak we współczesnej telenoweli), jeśli trzeba ożywają. Zasadniczo dobra jest tylko natura – Uszakowie nie zjedli Kandyda, deszcz uratował filozofa Panglossa przed spaleniem, nie powieszono bohatera, bo kat był niewprawny. Baron nie umarł, odnalazła się Kunegunda, ożył także Pangloss. A skoro u Woltera wszystko jest aż tak wieloznaczne, czemu nie przenieść tego w nasz czas. Reżyser uległ tej pokusie. Odniesienie do współczesności czytelne jest nie tylko w tekstach piosenek – aluzja do Europy, której nie widać i w dodatku Unia jest antyeuropejska. Pomysłem reżysera i nadinterpretacją tekstu jest wizja republiki Eldorado. W płockiej inscenizacji nie może być krainą szczęśliwości, bo żądzą nią zdecydowane kobiety w moherowych beretach.
Jest w spektaklu sporo dowcipnych pomysłów. Parodia sąsiaduje z elementami kabaretu, żart słowny goni zabawną sytuację. Dynamizmu nadaje grana na żywo muzyka (Edward Bogdan).

Na premierze zdarzyła się rzecz bez precedensu, znakomita scena pojedynku, w którym o względy Kunegundy walczą Żyd (Piotr Bała) i Inkwizytor (Mariusz Pogonowski), tak podobała się publiczności, że z widowni rozległy się wołania o bis. Wprawdzie muzyk już odłożył nuty, a skonsternowani aktorzy czekali na decyzję reżysera. Ten dał znak z reżyserki i pierwszy akt zakończył się dodatkowym finałem. Scena rzeczywiście była świetna. Aktorzy znakomicie odegrali imitację greckiego pojedynku. Słychać było zadawanie ciosów i świst szpad, choć antagoniści nie mieli żadnej broni.
Wśród dobrze śpiewającego i tańczącego płockiego zespołu wyróżnić trzeba Annę Marię Małolepszą w roli Kunegundy. Ładnie partnerował jej Kandyd (Szymon Cempura) – zwyczajnie uśmiechnięty, dobroduszny i naiwny. W monologu Baronowej oklaski dostała Hanna Zientara. Czytelne są wywody Panglossa (Jerzy Wieczorek).
W świecie Woltera oświecony optymizm poniósł klęskę. Gnębią go wojny i trzęsienia ziemi. Jeśli do tego dodać zawiść, troskę i zamęt ducha, to wniosek, że źródło zła kryje się w wolnej woli. Jeśli nie miłość, nie filozofia, nie mit o szczęściu ludzi prostych, to co pozostało? Jak być szczęśliwym? Trzeba uprawiać nasz ogródek mówi Panglos i niech widzowie dopowiedzą, co to właściwie znaczy.
P. S. Spektaklowi towarzyszy starannie wydany program teatralny. Dodatkową jego atrakcją są fotosy z prób. Trwały nieprzerwanie, mimo że w remontowanym budynku temperatura wynosiła około 10oC. Przed premierą (w sobotę 28 stycznia) widownię podgrzano, ale i tak było chłodno. To ostatni spektakl w starym budynku, który służył teatrowi płockiemu przez ponad trzydzieści lat. Kolejne przedstawienia odbywać się będą w gościnnych salach Szkoły Muzycznej i Zespołu Dzieci Płocka. Jak zapewnił na premierze dyrektor Marek Mokrowiecki, w nowych, odmienionych wnętrzach spotkamy się jesienią.

Lena Szatkowska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości