Zniechęcająca pogoda, czyli przenikliwy ziąb i zacinający śnieg oraz nietypowy termin koncertu – poniedziałkowy wieczór, wszystko to przestało mieć znaczenie już po paru pierwszych chwilach i taktach muzyki, którą Kwartet Tomasza Stańki zagrał na scenie POKiS-u. Ukryta w niej moc podziałała jak najlepszy alkohol, a temperatura szybko roztopiła paciorki szronu we włosach i myślach widzów.
Minął dokładnie rok od ostatniego występu Tomasz Stańko Quartet w Płocku. Rosła przez ten czas międzynarodowa sława naszego najznakomitszego trębacza (do wielkiego amerykańskiego sukcesu albumu “Soul Of Things” doszedł koncert w londyńskim Royal Albert Hall, okrzyknięty wydarzeniem roku oraz wysokie pozycje w rankingach prestiżowych czasopism), towarzyszący mu młodzi instrumentaliści wyraźnie okrzepli i nabrali rutyny, no i zdążył powstać materiał na nową płytę (nagraną, tak jak poprzednia, w słynnej wytwórnię ECM i opatrzoną roboczym tytułem “Suspended Nights”). W obliczu tak doniosłych wydarzeń tym bardziej cieszy ponowny przyjazd tej klasy muzyków do niewielkiego miasta na wiślanej skarpie, któremu gdzież do Nowych Jorków czy Londynów, i występ na sali skromnego Ośrodka Kultury. Występ, w jaki znowu włożyli tyle serca i sił, że kto go przeżył i kto widział, na pewno będzie pamiętał przez okrągły rok.
Koncert zaczął się chwilę po 18.00, a jego dramaturgia podporządkowana została dramaturgii nowego albumu, który ma się ukazać już za miesiąc. Długie, rozwijające się nieśpiesznie kompozycje następowały po sobie bez jakichkolwiek słów komentarza, płynnie przechodząc jedna w drugą, narzucając czasowi i zmysłom widzów swój własny rytm, a śnieżnej pogodzie za oknem skutecznie przeciwstawiając własną aurę. Powplatane dyskretnie w utwory południowe rytmy (czasem bliższe roztańczonej brazylijskiej sambie i jej jazzowej kuzynce bossa-novie, innym razem melancholijnemu portugalskiemu fado) czyniły całość zwartą i jednorodną, nie narzucając przy tym jednoznacznego klimatu, nie popadając w dosadność, nie odbierając kompozycjom Stańki ich swoistego - lekko dekadenckiego, lekko sceptycznego wobec uroków świata – charakteru, właściwego raczej muzyce północnych niż południowych rejonów naszej planety.
Sam lider czasem ograniczał się jedynie do podania głównego tematu, po czym ustępował miejsca młodszym, kilkakrotnie wręcz schodząc ze sceny, jakby chciał pozostawić im więcej miejsca. Fortepianowe partie Marcina Wasilewskiego łączyły improwizatorski polot ze sporym temperamentem (momentami poczciwy pokisowski fortepian wyraźnie chwiał się na nogach). Oszczędne sola Sławomira Kurkiewicza na kontrabasie jakby wygaszały te emocje, ale tylko po to, by na moment stłumione mogły powrócić ze zdwojoną siłą. Zaś siedzący za perkusją Michał Miśkiewicz, choć głównie dbał o to, by wszystko działo się w odmierzanym przez niego rytmie, to znajdował przy tym czas na modulację nastroju całego występu: od gwałtownych, dynamicznych przyspieszeń, napędzanych motorem werbla, po subtelne wyciszenia, chwile jak posypane srebrem z drżących talerzy.
Potem jednak Stańko wracał, i kiedy tylko dotykał ustami trąbki, od pierwszego dźwięku, który z miękkich ludzkich płuc przez twardy, chłodny metal wydostawał się na zewnątrz, cała muzyka grana przez kwartet przenosiła się w jeszcze inny wymiar – ze znakomitego, błyskotliwego rzemiosła stawała się sięgającą granic percepcji sztuką, której próby opisu, opatrzenia fachowym terminem, nazwania jazzem czy czymkolwiek innym, wydają się równie daremne, co zbędne. Wypada tylko zauważyć, że Stańko ostatnio niemalże zrezygnował ze swego dawnego znaku firmowego, czyli gry gwałtownie uwalnianym, wysokim dźwiękiem, wymykającym się kontroli i granicom tonalności, na rzecz spokojnego, skupionego budowania kolejnych fraz, jakby powoli, cierpliwie znajdował je w sobie, we własnej pamięci, podświadomości, intuicji, nie zaś w nieokreślonej przestrzeni zewnętrznej, pośród ocierających się o siebie ze zgrzytem komórek i atomów. Ta zmiana wydaje się niezwykle znacząca. Tak się słucha klasyki, a nie awangardy.
I takie właśnie wrażenie: obcowania z klasyką, z żywą legendą muzyki - która jednak bez oporu zanurza się w teraźniejszości - pozostawił na płockiej publiczności występ Kwartetu Tomasza Stańki. Zasadniczą część koncertu zakończył dynamiczny, wręcz przebojowy utwór, urzekający melodią i rytmem o korzeniach w brazylijskiej sambie. Potem były jeszcze długie, długie, naprawdę długie oklaski, z przerwą na dwa bisy, i stopniowy, przez wąski korytarz POKiS-u i szatnię, powrót do rzeczywistości, czyli na zmarzniętą, zasypaną śniegiem ulicę.
Maciej Woźniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze