Do Alfonsowa dojechać niełatwo. Wieś położona jest wprawdzie niezbyt daleko od szosy wiodącej z Płocka do Słubic, jednak piaszczysta droga do wsi jest kręta i pełna niespodzianek. Kierujemy się do domu Edwarda Zalewskiego, który od dwudziestu lat para się wikliniarstwem. To fach zanikający, wbrew popytowi na koszyki i koszyczki niezbyt opłacalny (trzeba kupić wiklinę), w rodzinie Zalewskich to jednak tradycja, która być może, dzięki córce Magdalenie, nie zostanie przerwana.Kosze z wikliny robili rodzice Edwarda Zalewskiego. Ich - nauczyła wikliniarstwa babcia. Kiedyś sprzedać kosz było łatwiej – nie było tzw. plastików, zwykłe, plecione z wikliny przydawały się w gospodarstwie domowym i rolnym, do ziemniaków i do jajek, ale i do kwiatów lub drewna, były z pałąkiem lub dwoma uszami. Praca to niełatwa, bo wiklina jest sztywnym materiałem, bolą palce i stawy, ale mimo to postanowili, że ich syn też się go nauczy: - Ile to nerwów kosztowało! – wspomina Edward Zalewski. Nauka trwała kilka miesięcy. Młody Edward posiadł sztukę wyplatania koszyków na okrągłych dnach. W domu rodzinnym łatwiej było o wiklinę, bo rosła w rodzinnej wsi Juliszew. Dziś jest o to trudniej, trzeba jeździć na przykład do Wiączemina i Kępy Polskiej. Kupuje się ją w wiązkach, na metry. Jedna kosztuje ok. 50 zł. Cena zależy też od rodzaju surowca i niestety z roku na rok rośnie. Edward Zalewski wyrabia kosze na zamówienie: - Klient mówi, jak wysoki i jak duży ma być zamówiony kosz, czy ma mieć uszy, czy jeden pałąk, czy ma być ozdobiony czerwoną trzciną „koroną”, czy też ma być najprostszy, bo służyć będzie do zwykłych, gospodarskich prac. Z wikliny wykonuje się także doniczki na kwiaty, które bardzo atrakcyjnie prezentują się na stojakach – opowiada o swym zajęciu nasz bohater. Sezon wikliniarski rozpoczyna się jesienią, wraz ze zbiorem trzciny. Jest ona różnej szerokości i koloru: żółta, zielona, czerwona. Najlepszy zbiór jest po pierwszych przymrozkach, kiedy z trzciny zupełnie opadną listki. Gałązki odcina się od tzw. sztobra czyli podstawy krzaka. Od rodzaju koszyka zależy, czy rózgi się obiera. Powinny być gładkie, bez zgrubień. Praca nad koszykiem zaczyna się od wykonania krzyżaka: - Krzyżak jest podstawą kosza. Wykonuje się go z sześciu grubszych końcówek, przeciętych prostopadle na pół, włożonych jedne w drugie – to jest tzw. stawka. Wychodzi coś podobnego do kwiata – tzw. wątek. Później bierze się dwie rózgi i oplata, żeby się podstawa nie rozchodziła. Następnie rózgami okręca się podstawę, dokładając jedną do drugiej. Trudnym etapem pracy jest załamanie rózeg po zakończeniu robienia dna. 24 rózgi idą do góry i 24 na załamanie, poprzeczne. Nie można się tu pomylić. W koszu cienkie rózgi przeplatają się z grubszymi. Od początku pracy musi być też uwzględnione to, czy będzie miał uszy, bo na to przeznaczone są specjalnie rózgi. Uszy odpadają od kosza tylko wtedy, gdy są zasadzane, a nie plecione od początku – wyjaśnia tajniki swej pracy Edward Zalewski. Zalewski woli wyplatać duże kosze: - Przy dużych koszach jest większy rozstaw rózeg i luźniej się wyplata. Jest lżej na ręce. Fachu po trosze nauczył także żonę, która z własnej inicjatywy przyglądała się zajęciu męża: - Czasami robię miniaturki – zdradza Danuta Zalewska. U Zalewskich zobaczyliśmy kosze do kwiatów: sadzi się w nich niemal wszystkie kwiaty. Tak surfinie, jak i begonie, możliwe są wszelkie kompozycje. Kosze, w których sadzi się kwiaty, prezentują chyba wszystkie czasopisma traktujące o kwiatach w domu: - Ludzie kupują kosze na kwiaty do ogródków, na balkony, do altanek – wylicza Zalewska. Kosze wykonywane są na zamówienie i sprzedawane znajomym. Kokosów na tym się nie zarobi, bo cena zależnie od wielkości waha się w granicach od 30 do 20 zł. Wyrabia się je około 2-3 godzin. W zeszłym roku utrzymał z tego rodzinę w okresie zimy. Oprócz koszy u Zalewskiego można zamówić także bocianie gniazdo i koszyczek na święconkę. Kosze kupuje ksiądz ze Słubic, znajomi, okoliczni mieszkańcy. Dwa koszyki trafiły też do Danii, gdzie latem pojechała córka Magda wraz z innymi dziećmi, które uczestniczą w zajęciach edukacyjnych prowadzonych w Ośrodku „Arka” w Grzybowie, gdzie jej ojciec prowadził warsztaty edukacyjne. Na razie córka stawia pierwsze kroki w wikliniarstwie. Edward Zalewski jest w tej komfortowej sytuacji, że lubi to co robi: - Żeby tylko było z czego i żeby były zamówienia – podsumowuje naszą rozmowę. Elżbieta Grzybowska Fot. D. Ossowski Na zdjęciu: Edward Zalewski i jego koszyki
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze