Tytułem uzupełnienia ostatniego wpisu o diabelskich prowokacjach, jakie miały miejsce w Warszawie przed obchodami 76 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, warto przypomnieć, że towarzyszyły im też pozostawione na miejscu zdarzeń manifesty w postaci krótkich wezwań skierowanych do rodaków, z których najtreściwsze wydaje się wezwanie „Jeb…e się ignoranci”, które, o dziwo, nie poruszyło w najmniejszym nawet stopniu naszych rodzimych tropicieli i tropicielek „mowy nienawiści”, tak bezbłędnie węszących jej przejawy, kiedy w roli sprawców występuje katolicko-prawicowy „dżender”. Na ekscesy w wykonaniu rozwydrzonych panienek (jedna ponoć jest facetem), którym obce jest nakazane przez konstytucję pojęcie szacunku dla przedstawicieli „innych wyznań”, nieczuły okazał się zarówno szef największej partii opozycyjnej, jak i niedoszły prezydent Polski z ramienia tej partii, obaj ponoć obrońcy konstytucji. Z podobnym zrozumieniem spotkały się wyczyny pana w czerwonym „anturażu” na balkonie jednej z warszawskich kamienic podczas przemarszu pochodu upamiętniającego Powstanie, który w ramach manifestacji poparcia dla ideałów postępu (o czym świadczy w jego sąsiedztwie sześciobarwna flaga) wykonywał wygibasy, które eksperci odczytali jako właściwe dla naczelnych, ale niekoniecznie humanoidalnych.
W reakcji opozycji na te zajścia doszukuję się odpowiedzi na pytanie, dlaczego ta przegrała, jak ktoś policzył, siódme wybory z rzędu i przegra (powinna przegrać!) kolejne, jeśli nie zacznie traktować Polaków poważnie, bez wielkopańskiej buty i stręczenia im zachodnich poprawnościowych idei. Na szczęście jeszcze znaczna część rodzimych „ignorantów” zachowała wiele zdrowego rozsądku i wciąż nie życzy sobie zamiany Polski w burdel, tudzież powszechnej mentalnej pedofilii pod pozorem tzw. edukacji seksualnej, od wprowadzania której zaczynali czerwoni wszystkie swoje rewolucje i która nadal jest w ich programie z wyeksponowanym punktem o konieczności zrównania zaburzeń popędu płciowego z prawidłowo ukierunkowanym popędem, która to potrzeba stała się priorytetowym punktem programu politycznego lewicy, co ma publicznie wyrażać sześć barw przejętych z tęczy, w które posłanki i posłowie tej formacji infantylnie przystroili oblicza na sali sejmowej w dniu zaprzysiężenia prezydenta Dudy.
Dzięki tej jasnej deklaracji ideowej „ignoranci” bezbłędnie mogą rozpoznać, przed kim bronić Polski. A wciąż trzeba jej bronić przed ideologicznym obłędem, jak obronili ją rodacy w roku 1920 w czasie wojny polsko-bolszewickiej, której kulminacyjnym punktem była Bitwa Warszawska i Obrona Płocka. Wzrusza mnie zawsze, kiedy czytam, jak płoccy harcerze odpowiedzieli wtedy swoim angielskim kolegom, którzy latem 1920 roku zaprosili ich na zjazd skautów do Londynu: „Koledzy, dziękujemy za zaproszenie, ale nie możemy przyjechać. Musimy bronić cywilizacji”. I o to samo chodzi dziś, o obronę cywilizacji chrześcijańskiej przed lewacką kretynizacją. Mieli tego świadomość polscy biskupi, którzy w roku „20” zmobilizowali cały naród do ogromnego zrywu modlitewnego, za którym poszedł czyn militarny – wstydem było nie stawić się do walki, do kopania okopów, wznoszenia barykad, co zauważył nawet Żeromski w „Przedwiośniu”. Tamta walka z Bożą pomocą została wygrana. Czy dziś stać naszych Pasterzy na taką odwagę i determinację w motywowaniu społeczeństwa do walki z nowym ideologicznym zagrożeniem, polegającym na całkowitym pomieszaniu pojęć – prawdy i kłamstwa, dobra i zła – w celu „zrównania” wszystkich według jednej, narzuconej odgórnie obłąkańczej sztancy?
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze