Reklama

Do Płocka z Białegostoku i... Kanady

16/06/2010 08:12
W 830. rocznicę powstania Małachowianki, najstarszej szkoły w Polsce, odbył się XVII zjazd absolwentów. Było bardzo uroczyście. Nie zabrakło medali, nagród, znamienitych gości. Ale przede wszystkim zjazd był okazją do spotkań, często po bardzo długich latach.
Uczestniczyliśmy w jednym z takich spotkań. Trochę nieformalnym, obok głównego nurtu zjazdu. W piątkowy wieczór, w hotelu Starzyński, spotkali się Małachowiacy z klasy XI c. Matura roku 1963. Matura niezwykła i, jak zapewnia jeden z uczniów Andrzej Znamierowski, chyba jedyna w historii.
– Nasz egzamin był przesunięty. Nie zdawaliśmy go w maju, tylko w czerwcu. Wszystko przez srogą zimę. To przez nią na początku roku nie chodziliśmy do szkoły. Później trzeba było odrabiać zaległości i stąd to przesunięcie – opowiada.
Wspomina też, że liceum (w ówczesnej nomenklaturze klasę VIII) rozpoczynało blisko 50 uczniów. Do matury przystąpiło 34. To była klasa męska. W piątkowy wieczór przy stole nie było więc przedstawicielek płci pięknej.
– Nazywali naszą klasę „Ali Baba i 40 rozbójników”. Ali Babą był nasz wychowawca profesor Zenon Zamczewski – mówi Maciej Ozimek. I podkreśla, że to spotkanie jest wyjątkowe. – Po raz pierwszy od matury widzimy się w tak dużym gronie – mówi.
Skąd pomysł na zorganizowanie takiego spotkania? Kolegom z klasy tłumaczył to Zbigniew Radzikowski:
– Któregoś dnia rozmawiałem przez skypa z kolegą ze Szczecina Janem Koskowskim. Rozmawialiśmy między innymi o zjeździe. Pytał mnie, czy będzie jakieś spotkanie. Odpowiedziałem, że będzie piknik. Ale on powątpiewał, czy my kogokolwiek na tym pikniku będziemy znali i stwierdził, że lepiej zorganizować klasowe spotkanie. I tak to się zaczęło. Udało mi się skontaktować z 28 osobami. Niektóre od razu stwierdziły, że nie mogą przyjechać. Inni wyrazili zainteresowanie. Sprawami zorganizowania naszego spotkania zajął się już m.in. Maciek Ozimek.
Może skrzykiwanie kolegów nie byłoby niczym nadzwyczajnym, gdyby nie to, że Zbigniew Radzikowski robił to z Ottawy w Kanadzie. – Koledzy chętnie deklarowali przyjazd. Ale bałem się, że tylko na tym się skończy. Tymczasem jest nas tu prawie 20. Niektórych prawie nie poznałem. Takie spotkanie klubu sztucznej szczęki – śmiał się Maciej Ozimek.
Wspomnień czar
Długo trwały powitania, przyglądanie się sobie. Przy stole popłynęły wspomnienia. Chociaż zaczęło się od konkursu, kto ma najmłodsze dziecko i ile kto ma wnucząt. Maciej Ozimek opowiadał, jak to podczas wyprawy na lekcję wuefu do „jedenastki” spora grupa uczniów chciała się zwolnić z lekcji. Zdenerwowany nauczyciel kazał się wszystkim przebierać. – Na końcu z szatni wybiegł jeden z kolegów w kalesonach z trokami. Gdy nauczyciel to zobaczył, walnął dziennikiem o podłogę i pyta, co to jest? Kolega trochę seplenił i odpowiada: dresz panie psorze. Pokładaliśmy się ze śmiechu – opowiadał Maciej Ozimek. Kolejna jego anegdota też związana była z wuefem: – Po tych lekcjach mieliśmy godzinę wychowawczą i buty wkładaliśmy pod katedrę. Na którejś z nich profesor Zamczewski dość długo coś wywąchiwał i w końcu stwierdził, że moglibyśmy się częściej myć.
Lech Chyczewski też miał wspomnienie związane ze sportem, ale trochę w innym kontekście. – Kiedyś miałem jakiś zatarg z moim dobrym kolegą. A on trenował boks, więc stwierdził, że jak jestem taki chojrak, to niech wyjdę na ring. Nie honor było się wycofać. Po raz pierwszy w życiu założyłem rękawice bokserskie. Ale pierwszy cios tak mi wyszedł, że kolega zaczął krwawić z nosa. Pomyślałem, że dzięki Bogu będę żył – opowiadał.
Andrzejowi Znamierowskiemu w pamięci utkwiła historia związana z prof. Kawą. – To było w ósmej klasie. Prof. Kawa powiedziała do jednego z kolegów, że zachowuje się jak 60–latek. To tak a propos naszego spotkania – stwierdził. Ale nie zawsze wspomnienia wzbudzały salwy śmiechu. – Spotkałem jedną z naszych profesorek w jakiejś instytucji. Powiedziałem dzień dobry, przedstawiłem się, ale pani profesor patrzyła na mnie nieobecnym wzrokiem. Kobieta siedząca za biurkiem powiedziała, że ta pani ma problemy z komunikacją. Popłakałem się – opowiadał Kazimierz Muszyński. Refleksyjnie było podczas chwili ciszy, gdy uczczono pamięć trzech kolegów, którzy już nie żyją.
Spore ożywienie przy stole wywołało pojawienie się Andrzeja Kozińskiego, syna matematyka, który uczył w tej klasie. – Profesor Koziński wypruwał z siebie żyły, żeby czegoś nas nauczyć. Był doskonałym pedagogiem. Chyba wszyscy pamiętamy, jak ścierał rękawem tablice, jak zostawał po lekcjach, jak ciągnął nas za uszy. Ale gdy miało się u niego trójkę, to matura była w kieszeni – wspominał Lech Chyczewski. Salwy śmiechu wzbudzały oceny, które Lech Chyczewski wyczytywał z prywatnych dzienniczków profesora Kozińskiego, przyniesionych przez jego syna. Ale przy niektórych nazwiskach nie było tak wesoło, gdy padało sakramentalne – nie żyje.
W Polsce i na świecie
Tak jak w przypadku wielu absolwentów Małachowianki, tak i XI c rozjechała się po Polsce i po świecie. Wszyscy obecni w Stareksie żałowali, że nie pojawił się Andrzej Królewski, w czasach szkolnych reprezentant płockiej Wisły w konkurencjach lekkoatletycznych. Dziś profesor medycyny w Harvardzie, twórca programu badawczego w zakresie genetyki i epidemiologii cukrzycy i jej powikłań. – Wypadło mu jakieś sympozjum naukowe. Ale obiecał, że na następnym spotkaniu już będzie – mówi Maciej Ozimek. Z powodów zdrowotnych zabrakło Janusza Rogulskiego i Zbigniewa Wierzchowskiego, oficerów wojska polskiego.
Stawił się na spotkanie Zbigniew Radzikowski. Od 30 lat mieszka w Kanadzie. Jest inżynierem elektronikiem w Marconim. Dyrektorem departamentu, któremu podlega 200-300 inżynierów, zajmujących się m.in. oprogramowaniem do nawigacji samolotów.
Natomiast Lech Chyczewski poszedł w stronę medycyny. Jest profesorem Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, rzecznikiem prasowym tej uczelni, kierownikiem zakładu klinicznej biologii molekularnej. Obecny rektor białostockiego uniwersytetu jest jego wychowankiem. – Przyznam szczerze, że nie lubiłem Małachowianki jako szkoły, instytucji. Ale byli tam wspaniali nauczyciele. To oni zdecydowali o moim życiu, ukształtowali mnie. Bardzo to cenię. A że wspomnienia ze szkoły mam miłe, dlatego przyjechałem na spotkanie z kolegami – stwierdził.
Z Białymstokiem związał się też Andrzej Boruszewski, absolwent akademii muzycznych w Warszawie i Gdańsku, profesjonalny skrzypek, nauczyciel w białostockich szkołach. Jego młoda podopieczna już odnosi sukcesy na prestiżowych konkursach. – Do dzisiaj słyszę, jak Andrzej na jakiejś imprezie zagrał country. Cały czas chodzi mi to po głowie – wspominał Andrzej Znamierowski. Jego życie zawodowe związane było z Petrochemią. Budował w kombinacie struktury pierwszej „Solidarności”. Od grudnia 1989 r. do 1991 r. był przewodniczącym związku. W latach 80. angażował się w działalność opozycyjną, ale, jak mówi, taką bardziej historyczną. – Pamiętam kiedy 17 września 1982 r. maszerowaliśmy z żoną z pękiem róż, żeby złożyć je na grobie nieznanego żołnierza, w rocznicę agresji sowieckiej na Polskę. Rozglądaliśmy się, czy nikt nie zwraca na nas uwagi. A po złożeniu kwiatów ruszyliśmy na Tumy. I od razu natknęliśmy się na siedmioosobowy patrol. Na szczęście nas nie zatrzymali – opowiada.
Sól klasy i sportowcy
O Macieju Kędzierskim koledzy mówią, że był solą klasy. On sam wspomina Małachowiankę jako szkołę, po której nie było specjalnych problemów z dostaniem się na uczelnie techniczne. – Na maturze miałem same tróje i czwórkę z geografii. Ale to nie przeszkodziło mi w zdobyciu dyplomu Politechniki Krakowskiej. W szkole dwa razy mnie zawieszali w prawach ucznia, bo dyskutowałem z nauczycielami – opowiada. Zajmował się kajakarstwem. Przez prawie 10 lat był prezesem Międzyszkolnego Wodnego Ośrodka Sportowego. Dziś jest prywatnym przedsiębiorcą.
Starsi kibice Wisły i miłośnicy muzyki powinni pamiętać Macieja Ozimka. Od 1974 r. do 1985 r. był sekretarzem w płockiej Wiśle. Później szefował Domowi Technika. Dzisiaj nie może pogodzić się z tym, co dzieje się w klubie. Maciej Ozimek był też jednym z założycieli zespołu Mezony. – Był to pierwszy zespół, który w Płocku wydał płytę długogrającą. Graliśmy z takimi artystami jak Maryla Rodowicz, Trubadurzy, Waldemar Kocoń, Amazonki. Później był zespół Gento, który promował język esperanto. Wystąpiliśmy na światowym kongresie esperanto – wspomina Maciej Ozimek.
Do XI c chodził też doskonale znany w Płocku Wojciech Krzywiński. Zdobywca 42 mistrzostw kraju lub Pucharów Polski w modelarstwie oraz 16 medali mistrzostw świata, Europy czy Pucharu Świata w tej samej dyscyplinie. – Jestem synem leśnika i mieszkałem w lesie, więc trochę z nudów zająłem się modelarstwem. Pierwszy dyplom zdobyłem w 1959 r. Jestem samoukiem. Tylko przez pół roku i to w klasie maturalnej chodziłem do modelarni – mówi.
Uczniem tej klasy był również Wojciech Ostrzycki. Trener i wychowawca wielu świetnych płockich pływaków.
Piątkowe spotkanie w Starzyńskim trwało do późnych godzin nocnych. Wszyscy jego uczestnicy zgodnie stwierdzili, że nie może być ostatnim. Że nie spotykali się przez tyle lat, więc teraz będą się widywać co roku. Tyle, ile uczyli się w Małachowiance.
Grzegorz Szkopek
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości