W okolicach Płocka próżno na razie szukać firmy, która sprzedaje żywność do UE. A nawet jak się trafi choćby jedna, która chciałaby to robić, to okazuje się, że nie pozwalają na to procedury.
Największymi hitami w Unii mają być ponoć polski sok jabłkowy, mleko w proszku i drób (przestały obowiązywać kontyngenty). Ponieważ po akcesji jest wolny przepływ usług i towarów, teoretycznie nie ma ograniczeń, jeśli chodzi o eksport żywności poza Polskę, praktycznie - łatwiej sprzedać tzw. krajom trzecim (nie należącym do UE) niż Wspólnocie.
W regionie płockim jest kilka firm, które produkują uznaną i renomowaną żywność, spełniającą najwyższe warunki jakości. OSM w Sierpcu wprawdzie nie produkuje mleka w proszku, ale poza rynkiem krajowym jej ser “Królewski” można kupić w Czechach, USA, Izraelu i na Ukrainie. Za granicę trafia 11% całej produkcji: - Przede wszystkim chcielibyśmy sprzedawać na rynek polski. Nasz zakład posiada najwyższą kategorię “A”, więc moglibyśmy eksportować żywność do Unii. Na razie trafia do Czech, gdzie sery sprzedawaliśmy już przed akcesją. Unii chcielibyśmy zaproponować nasze twarogi, których tam się nie produkuje oraz serek “Capri” - prognozuje wiceprezes Krystyna Bogacka.
Swoje produkty do Unii chętnie wysyłałyby płockie Zakłady Mięsne, ale na razie są zakładem kategorii “B”, muszą się dostosować do połowy 2006 r.: - Dopiero wtedy będziemy mogli wejść na rynek unijny – (w promieniu 150 km od Płocka) i na tzw. rynki trzecie, najwięcej do krajów bałkańskich. Generalnie jednak, produkując w bardzo tradycyjny sposób, jesteśmy nastawieni na rynek regionalny.
Swoich jabłek do Unii nie będzie także sprzedawał Lech Dąbrowski, właściciel kilkuhektarowego sadu jabłoniowego, zrzeszony w liczącej 15 członków grupie producenckiej: - Nie jesteśmy przygotowani na sprzedaż tak dużych partii owoców, jakie sobie życzy Unia - opiniuje sadownik. - Razem produkujemy 1,5 tys. ton jabłek rocznie, gdy tymczasem potrzebne są partie liczące 5 tys. ton owoców. Tak więc na naszych jabłkach w dalszym ciągu najwięcej będą zarabiać pośrednicy. Poza tym sadowników nie stać na zakup własnej sortowni owoców, bo taka kosztuje... 600 tys. zł: - Trudno będzie wystandaryzować jabłka na Unię - mówi L. Dąbrowski, którą tak jak jego koledzy z grupy, stawia na rynek regionalny i Rosję, w której polskie jabłka cieszą się dużym wzięciem.
Teresa Kalinowska, współwłaścicielka firmy “Homar” z Gostynina, która zajmuje się przetwórstwem ryb (jednej z dwóch w powiatach płockim i gostynińskim, które mogą już eksportować produkty do UE) , uważa, że aby utrzymać zakład w kategorii “A”, wciąż trzeba inwestować ogromne pieniądze, a tymczasem na rynku lokalnym większym powodzeniem cieszą się produkty z zakładów niedostosowanych, ale sprzedających o 10 % taniej. Poza tym: - Aby utrzymać zdobytą markę, musimy potrzebne składniki kupować od zakładów, które mają tę samą kategorię, a nie niższą. Okazuje się, że to bardzo trudne. Na rynku lokalnym prześcigają nas zakłady, które nic nie zrobiły w kierunku swojego rozwoju, ale sprzedają tańszy produkt. Dla niebogatego klienta nie liczy się, że produkt jest oznaczony symbolem owalnym (kategoria zakładów dostosowanych do Unii), czy też kółkiem (niedostosowanych), tylko ważna jest cena, a ta u nas zawsze będzie trochę wyższa.
To jeszcze nie koniec problemów. Otóż okazuje się, że polskie firmy, które niemal masowo zaczęły zdobywać certyfikat jakości HCCP, mogą go teraz włożyć między bajki i wcale nie jest to żart. Okazuje się bowiem, że z takim certyfikatem jakości polskie produkty nie mogą trafić na Zachód, ponieważ w Niemczech obowiązuje system ISS, we Francji i Wielkiej Brytanii - PRC (poza możliwościami eksportu jest też USA, gdzie obowiązuje system SSOPI): - To zupełnie inne systemy, choć działają na podobnych zasadach. W Polsce wdrażaliśmy HCCP, ponieważ wymagała tego dyrektywa Unii, byliśmy więc zobligowani ustawodawczo. Żywność produkowana w systemie HCCP potwierdza jej dobrą jakość, ale cóż z tego, skoro nie ma wejścia na rynki unijne - mówi T. Kalinowska. - A na wdrożenie innego systemu potrzeba setek tysięcy złotych. Miała je firma “Lisner”, która pracuje w trzech systemach.
Rychły eksport polskiej żywności do krajów Wspólnoty, przynajmniej w regionie płockim, na razie jest więc tylko złudzeniem.
(eg)
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze