Sytuacja jest katastroficzna – tak osoby zorientowane w ekonomice Zakładów Mięsnych SA w Płocku komentują to, co dzieje się wokół ich firmy. Pracownicy się skarżą, decydenci jak ognia unikają prasy, po mieście krążą opinie, że choć wędliny z “Mięsnych” wciąż tak samo smaczne, to jednak pewnie niezbyt długo będzie się je konsumować. W obronę ZM zaangażował się prezydent Mirosław Milewski i minister Skarbu Państwa Wojciech Jasiński. Może uda się jednak uratować 450 miejsc pracy.Tzw. opinia publiczna zaczęła żyć problemem ZM po opublikowaniu przez prezydenta Płocka dramatycznego listu, jaki wystosował do premiera Jarosława Kaczyńskiego. Pisze w nim m.in. że firma ma 70-letnią tradycję, posiada certyfikat ISO i HACCP, jest uznaną marką w swojej branży, a jej problemy mają m.in. swoje źródło w niedostosowaniu linii produkcyjnej do norm unijnych (choć kilka tygodni temu ZM uroczyście ogłosiły, że mogą już sprzedawać swoje produkty na rynki UE). Z listu M. Milewskiego dowiadujemy się dalej, że 4 lipca br. powiatowy lekarz weterynarii warunkowo dopuścił zakład do ruchu, ale decyzja ta została zakwestionowana przez krajowego lekarza weterynarii. W ZM pojawiła się “bezwzględna” kontrola: “Jako gospodarz miasta udzieliłem jedynej możliwej ze strony samorządu pomocy, umarzając całość kwoty zaległych podatków od nieruchomości w wysokości 220 tys. zł” – czytamy w liście prezydenta. Jest o co walczyć – w ZM pracuje 450 osób, bywa że całe małżeństwa. Upadek firmy byłby dla nich tragedią. Aby temu zapobiec, prezydent Milewski pozostaje w “osobistym kontakcie” z Ministrem Skarbu Wojciechem Jasińskim i wiceministrem Pawłem Piotrowskim (ZM są spółką Skarbu Państwa). Niestety, problem wykracza poza kompetencje Ministerstwa Skarbu, ponieważ Krajowy Lekarz Weterynarii podlega bezpośrednio Ministrowi Zdrowia. I tu starania władz miasta natrafiły na mur, wydaje się, że nie do przebicia. W Zakładzie zapanowała ratunkowa gorączka. Prezes ZM Zbigniew Łukaszewicz, z którym byliśmy umówieni na rozmowę, w piątek 4 sierpnia br. nagle musiał wyjechać do Warszawy. Pod nieobecność prezesa na nasze pytania nie chciał odpowiedzieć nikt z jego zastępców. Powiatowy lekarz weterynarii Jacek Gruszczyński, dzięki któremu Zakład jeszcze funkcjonuje, nie chce udzielać żadnych informacji. Zapewne dlatego, że wciąż ważą się jego zawodowe losy. Od soboty 5 sierpnia jest na urlopie. Trudno pisać o konkretach. Jarosław Troch, pełnomocnik prezydenta ds. rozwoju gospodarczego i aktywnych form zwalczania bezrobocia, który na bieżąco pilotuje wszystkie sprawy związane z ZM w czwartek 3 sierpnia radził poczekać do obecnego tygodnia: - Na dziś wiadomo, że decyzja powiatowego lekarza weterynarii jest decydująca – mówi. W ubiegłym tygodniu powiedział nam, że płockie ZM lada moment mają być wpisane na listę Głównego Lekarza Weterynarii, co gwarantowałoby ich dalsze funkcjonowanie, a tym samym utrzymanie 450 miejsc pracy. Nie wiadomo, czy i w jakim stopniu przyczyni się do tego spotkanie, jakie niedawno odbyło się w zakładzie. Wzięli w nim udział szefowie firmy, przedstawiciele Ministerstwa Skarbu i pracownicy. Ci skarżą się na pracę w ZM niemiłosiernie: - Dziesięć lat temu zabrali nam premię – środki te miały zneutralizować trudną sytuację zakładu. Premia wynosiła 200 zł, czyli 1/4 naszych zarobków. Ceny rosną, a nasze pensje stoją w miejscu. Po 19 latach pracy zarabiamy 756 zł. Kiedy idziemy się poskarżyć, to słyszmy, że na jedno miejsce czeka już 10 osób chętnych do pracy. Jednocześnie zmusza się nas, żebyśmy pracowali za dwie osoby. Poza tym trudno dostać urlop, ponieważ pracowników jest zbyt mało. Kto może, odchodzi gdzie indziej – ubolewają w rozmowie z nami. Zdają sobie sprawę, że zakład jest kolosalnie zadłużony, ale przed laty myśleli, że po latach chudych nadejdą mniej chude, tymczasem z roku na rok jest coraz gorzej: - Nie wypłacają nadgodzin, a gdy się je chce odebrać, to nie ma kiedy. Tymczasem zdarza się, że pracujemy po kilkanaście godzin, bo przecież produkcja musi zostać skończona. Za te kilkaset złotych miesięcznie stoi się więc po kilkanaście godzin w wodzie po kolana, bo praca jest ciężka. Owszem, raz na kwartał dostajemy deputaty o równowartości 100 zł, a przecież wolelibyśmy godne pieniądze. Kilka lat temu jeszcze można było dostać talony do sklepów mięsnych. Wybieraliśmy, co chcemy, ale to już przeszłość – opowiadają rozżaleni pracownicy. - Na spotkaniu w zakładzie wiceminister z Ministerstwa Skarbu mówił, że nie może tak być, żeby restrukturyzowano zakład kosztem pracowników. Tłumaczył się, że z raportów wynika, że średnia pensja wynosi u nas 1300-1400 zł. Średnia owszem – bo o wiele więcej od nas zarobi prezes czy pracownik biura. A nam się płaci po 20-30 latach pracy 4,60 zł za godzinę. Jak za to przeżyć, gdy wszystko drożeje? Zdają sobie sprawę, że te żale nie pomogą ekonomicznie ich zakładowi, ale niech chociaż społeczeństwo się dowie o ich trudnej doli. Co będzie dalej z płockimi Zakładami Mięsnymi? Sklepy firmowe wciąż dobrze prosperują, w lokalnych mediach słyszy się reklamę produktów. Pozornie wszystko jest po staremu. Tylko czasami nieoficjalnie ktoś powie, że przecież ścian się w ZM nie wymieni i linii produkcyjnej z dnia na dzień też nie. Bo za co? Firma musi zarobić, by mieć na zainwestowanie w stary budynek, którego parametry kwestionuje główna inspekcja sanitarna. Póki co, nikt nie kwestionuje asortymentu wyrobów płockich Zakładów Mięsnych. Elżbieta Grzybowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze