11 maja w Sądzie Okręgowym w Płocku rozpoczęła się rozprawa przeciwko Mazowieckiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Mieszkańcy bloku przy ul. Popłacińskiej złożyli pozew o ustalenie wysokości czynszu w zajmowanych przez nich mieszkaniach, zaś mieszkający w budynku przy ul. Kilińskiego, o przyjęcie w poczet członków spółdzielni i o ustalenie stosunku prawnego do zajmowanych mieszkań.Przy ul. Popłacińskiej od chyba 16 lat stoi budynek, który przez całe lata był hotelem pracowniczym Płockiej Stoczni Rzecznej. Kiedy Stocznia padła, budynek został wyodrębniony z masy upadłościowej przez syndyka i przejęty przez Mazowiecką Spółdzielnię Mieszkaniową. Przejęty wraz z mieszkańcami, rodzinami, które miały nadzieję, że będą tam mieszkać do końca życia. Spółdzielnia przejęła były hotel w czerwcu 1998 roku. Mieszkańcy nawet początkowo byli z tego zadowoleni, bo przedstawiciel spółdzielni, ówczesny wiceprezes Jacek Żaglewski obiecywał, że jeśli tylko będą płacić czynsz, to krzywda im się nie stanie. Obiecywał także remont budynku. – Największym problemem – opowiadają mieszkańcy, - była sprawa ogrzewania. Wcześniej mieliśmy ciepło ze Stoczni. Prezes Żaglewski uspokajał nas, że przeniosą nas na czas remontu do innych pomieszczeń, a wrócimy do luksusów. Okazało się, że na czas remontu dostaną pomieszczenia zastępcze po około 8 m kw. na rodzinę. Na dodatek zaczęły krążyć plotki, że w tym miejscu spółdzielnia planuje postawić motel i musi się pozbyć lokatorów. Faktem jest, że nie chcieli opuścić mieszkań. – Zresztą tak samo radził nam adwokat. My byliśmy na Popłacińskiej zameldowani tylko tymczasowo i było mało prawdopodobne, że tu wrócimy po remoncie. Zaczęto nas straszyć, że zostaniemy wyeksmitowani i jeszcze obciążą nas kosztami eksmisji. Ponieważ jednak szła bardzo ciężka zima, a my mogliśmy tylko ogrzewać się prądem, 17 grudnia 1998 roku opuściliśmy lokale. Remont trwał do końca czerwca, potem dostaliśmy klucze i zamieszkaliśmy w wyremontowanych lokalach. Dopiero po miesiącu dostaliśmy nowe umowy i wtedy przeżyliśmy szok. Mieszkańcom hotelu pracowniczego obiecywano, że zostaną członkami MSM. Nie tylko się tego nie doczekali, ale po miesiącu mieszkania w wyremontowanym hotelu, dostali nowe umowy ze spółdzielnią. To był dla nas szok – opowiadają. – Dokładnie 28 lipca 1999 roku otrzymaliśmy nowe umowy. Tylko, że najpierw kazano nam je podpisać, a dopiero potem zobaczyć, ile będziemy płacić za swoje mieszkania. Za mieszkanie o wielkości około 50 m kw. wyliczono nam czynsz w wysokości ponad 1000 zł plus oczywiście wszystkie media. Za 1 m kw. płaciliśmy ponad 20 zł. Ewentualnie mogliśmy swoje mieszkania wykupić. Wyliczono, że za 1 m kw. mamy płacić 1350 zł. Potem ta cena wzrosła. - Trudno się w tej sytuacji dziwić, że niektórzy na początku płacili cały czynsz, potem połowę, a teraz tylko zaliczkowo. W rezultacie narosły już tak duże zaległości, że umowy zostały wypowiedziane. – Przecież spółdzielnia wiedziała, że Stocznia została zlikwidowana i nie będziemy mogli płacić takich wielkich czynszów. Większość z nas jest bez pracy, dobrze, jak jedna z osób w rodzinie pracuje. Mamy dzieci. I to wcale nie chodzi o to, że my nie chcemy płacić czynszów, ale nie w takiej wysokości. Złote klamki Oczywiście nikt z mieszkańców hotelu (z wyjątkiem jednej rodziny, która teraz mieszka przy ul. Kilińskiego) nie wykupił mieszkania na własność. Gdyby było ich na to stać, próbowaliby wykupić normalne mieszkania w nowych blokach. A tu proponuje im się mieszkania, co prawda wyremontowane, ale i tak nie do końca nadające się do zamieszkania. Nie robiliśmy dokładnego badania technicznego budynku, ale gołym okiem widać, że jego jakość jest fatalna. Dół , czyli parter jest z betonu, a góra to blacha falista z zewnątrz, a od wewnątrz gips i karton. Góra to jakby dołożone pudełka. Mieszkańcy czasem mają wrażenie, że przy większym wietrze może ich zdmuchnąć. Jakość wykonanego remontu pozostawia bardzo dużo do życzenia. - Podczas jednej z rozpraw sądowych, kiedy sędzina zapytała przedstawiciela spółdzielni, dlaczego te czynsze są takie wysokie, odpowiedział, że my mamy w mieszkaniach złote klamki. Proszę zobaczyć, jakie one są złote. Owszem mają zloty kolor, ale to wszystko. Odpadają listwy, są dziury w podłodze, krzywy sufit, śmieci między stelażami. Kiedy wieje wiatr, to wszystko skrzypi, mamy wrażenie, że ledwo się trzyma. Przy wieszaniu szafek trzeba było zainstalować specjalne kołki, bo inaczej wszystko by nam leciało na głowę. Na I i II piętrze nie ma ani jednej porządnej ściany, wszystko karton i gips. Kiedy rozmawiamy w domu, to słychać na korytarzu. Tu nikt nie może mieć żadnej tajemnicy. Dziś są rozżaleni, że tak ich potraktowano. Spółdzielnia chce ich wyrzucić z mieszkań, a oni nie chcą nic więcej ponad to, co mieli do tej pory. – W sądzie jest sprawa o ustalenie wysokości czynszu. My chcemy płacić, ale na takie pieniądze przecież nikogo nie stać. Chyba chcą się nas stąd pozbyć. A my nie mamy dokąd pójść, nie stać nas na inne mieszkania. Dlatego zostajemy tutaj, choć mało kto, chciałby mieszkać w takich warunkach. 2002 za metr W podobnej sytuacji jest były hotel pracowniczy Fabryki Maszyn Żniwnych przy ul. Kilińskiego. Budynek także należy do Mazowieckiej Spółdzielni Mieszkaniowej, która przejęła go na podstawie ustawy z 1994 roku. Został wykonany remont w jednym z segmentów, zresztą część lokatorów w tym czasie mieszkała w hotelu przy ul. Popłacińskiej. O ile jednak w budynku na Radziwiu ludzie mieszkają, tyle że muszą płacić ogromny czynsz, o tyle na ul. Kilińskiego, do wyremontowanych mieszkań wróciło nielegalnie tylko 5 rodzin, zajęli lokale, które niegdyś do nich należały. Co prawda standard jest znacznie wyższy, znacznie większy jest metraż, ale oni przecież o to nie prosili. Walczą o dach nad głowami ich i ich dzieci. - Remont trwał 1,5 roku - opowiadają,- wyprowadziliśmy się do różnych lokali, także na ul. Popłacińską. Dotyczyło to 14 rodzin, które wcześniej mieszkały w fatalnych warunkach. Mieliśmy do dyspozycji lokale ze wspólną kuchnią i łazienką. Spółdzielnia obiecywała nam, że wrócimy na swoje. W czerwcu 1995 roku Minister Przemysłu i handlu wyraził na piśmie zgodę na nieodpłatne przekazanie zakładowych budynków mieszkalnych i hoteli należących do Fabryki Maszyn Żniwnych na rzecz Mazowieckiej Spółdzielni Mieszkaniowej pod warunkiem, że ta spółdzielnia przyjmie w poczet członków wszystkich najemców mieszkań i hoteli oraz dokona na ich rzecz przydziału. Lokatorzy otrzymali deklaracje przystąpienia do spółdzielni z informacją o wysokości wpisowego i przekazali je, wypełnione, z powrotem do spółdzielni. Ponieważ spółdzielnia nie wywiązywała się ze swoich obowiązków, lokatorzy skarżyli się syndykowi Fabryki Maszyn Żniwnych, a ten próbował zdyscyplinować spółdzielnię, ale na nic się to zdało. Po remoncie rodziny otrzymały propozycję wykupienia mieszkań, po 2020 zł za 1 m kw. Jak można się spodziewać żadna z rodzin nie była w stanie wyłożyć takich pieniędzy, za to w akcie desperacji postanowili w nocy z 3 na 4 marca wprowadzić się do swoich dawnych mieszkań. Udało się to tylko pięciu rodzinom, które zajęły lokale na III i IV piętrze. Potem w drzwiach wejściowych do bloku zasiedli ochroniarze i nikogo więcej nie wpuścili. Lokatorzy, którzy wprowadzili się do budynku są przekonani, że zgodnie z ustawą, na podstawie której Spółdzielnia przejęła blok, oni mogą wykupić swoje lokale, ale za 5% ich wartości, a nie po 2020 zł za 1 m kw. – Gdybyśmy wiedzieli, że tak będzie, to wcale byśmy się nie wyprowadzili. Cały czas płacimy czynsz, w tej samej wysokości, co przed remontem. Co prawda od 2 miesięcy nie mamy światła, bo spółdzielnia nam odłączyła, ale dni są coraz dłuższe, a można siedzieć przy świecach. Nie będziemy płacić po 2020 zł za metr kw., bo te lokale nie są tyle warte. Grzyb, zacieki, pękające ściany i kafelki - już po kilku miesiącach od zakończenia remontu. Na dodatek cale I piętro wykupił senator Kruszewski dla szkoły i płacił tylko po 1500 zł. Ekonomicnie uzasadniony Lokatorzy budynku przy ul. Kilińskiego mają stały meldunek w lokalach. Burzą się, że część mieszkań spółdzielnia sprzedaje na wolnym rynku, a lokatorzy, którzy mieszkali tu wcześniej, musieli pozostać w lokalach zastępczych. Dziś już nie mogą się wprowadzić, nawet „na dziko”. Dlatego bloku pilnuje firma ochroniarska. Oni sami też pilnują swoich lokali. Cały czas ktoś jest w domu. Boją się, że mogą zostać wyprowadzeni, albo ktoś może zdewastować lokal. Jak długo to będzie trwać? Na pewno do momentu wydania decyzji przez Sąd Okręgowy. Do tego czasu spółdzielnia nie może sprzedawać pozostałych wolnych lokali, ani nikt nowy nie wprowadzi się do budynku. Obie strony mają nadzieję, że prawo coś w tym kraju znaczy i że wreszcie zostaną uregulowane ważne dla nich sprawy. Andrzej Laskowski, prezes Mazowieckiej Spółdzielni Mieszkaniowej zupełnie inaczej patrzy na całą sprawę. - Blok przy ul. Kilińskiego 41 nie spełnia warunków budynku mieszkalnego, zaś budynek przy ul. Popłacińskiej chcieliśmy przekwalifikować na mieszkalny, ale Ratusz nie wyraził zgody, motywując, że jest to strefa przemysłowa. Obiecano nam przekwalifikowanie dopiero przy zmianie planu zagospodarowania przestrzennego. Wszyscy zwracają uwagę na to, że część mieszkań w bloku przy ul. Kilińskiego sprzedaliśmy senatorowi. Jakoś nikt nie wspomina, że kupił lokale w tej samej cenie PEC. Owszem, zapłacili mniej, ale to było ekonomicznie uzasadnione. Przede wszystkim i PEC i senator płacili gotówką, za stan surowy i to nie tylko za powierzchnię mieszkań, ale również za korytarz. Na dodatek te mieszkania będą bez komórek. Z tych wszystkich powodów, za część lokali otrzymaliśmy już pieniądze. Pozostałe mieszkania były wykończone, nie jest doliczana do ceny powierzchnia korytarza i maja przydzielone komórki. Zresztą, gdyby ktoś chciał z nami rozmawiać o cenie 1 metr kw. to być może byśmy doszli do porozumienia. Ale na razie takich rozmów nie było. Na razie zostały wstrzymane prace na budynku przy ul. Kilińskiego 41. Spółdzielnia czeka na decyzję Sądu. - Mam nadzieję – mówi A. Laskowski, - że wygramy i będziemy mogli rozpocząć remonty pozostałych segmentów bloku. Na Kilińskiego 41 mieszkały wcześniej 84 rodziny. 31 lokatorów już się wyprowadziło lub zrezygnowało z lokali, była jedna eksmisja i jedna jeszcze będzie. Jedna osoba zmarła. Po remoncie w sumie trzeba będzie dać lokale 51 rodzinom. W budynku przy ul. Kilińskiego w sumie będzie 45 mieszkań, a to oznacza, że będziemy musieli znaleźć lokale dla 6 rodzin. Z tym też nie będzie problemu. Mamy kawalerki w bloku przy Słowackiego i w innych częściach miasta. Gdyby ci ludzie spokojnie poczekali, sprawa zostałaby rozwiązana, a tak spotykamy się w sądzie. Nad wszystkimi ciąży widmo eksmisji. I nad tymi, którzy nie płacą horrendalnie zawyżonych czynszów i nad tymi, którzy „na dziko” zajęli mieszkania. Obojętnie jaką decyzję wyda sąd, zawsze będą niezadowoleni. Jola Marciniak Fot. DarO
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze