Trudno znaleźć łagodniejsze określenie tego, co się wydarzyło w ostatnich dniach w płockim sporcie. Na początek mecz o mistrzostwo Polski w piłce ręcznej. W kluczowym momencie najbardziej doświadczony gracz w płockim zespole gubi piłkę w stuprocentowej sytuacji (to jeszcze jeden z mnóstwa dowodów, że sytuacji stuprocentowych w sporcie nie ma, to tylko fantazja komentatorów). Kończy się na srebrnych medalach. Znowu, a chyba nigdy sukces nie był tak blisko!
W tym samym czasie futboliści z nożem na gardle grają „mecz o wszystko” (kolejny, pierwszy przed tygodniem przegrali). Tym razem początek wymarzony. Od dziesiątej minuty prowadzenie. Do osiemdziesiątej, kiedy pada gol wyrównujący, a po pięciu minutach śmiertelny cios. Były lider ląduje w strefie spadkowej. I już tam pozostaje. Degradacja staje się faktem. Płock dołącza tym samym do listy miast, które łączy jeden szczegół. Mają stadion, nie mają drużyny. Jak Lublin, Sosnowiec, do niedawna Łódź… Niestety! Nowy sezon powitamy otwarciem stadionu. I zastanawiamy się, jakie spotkanie okrasi tę wzruszającą uroczystość. Nie będzie to starcie z Legią ani Lechem. Może Puszcza Niepołomice? Albo Kotwica Kołobrzeg? Kto wie… W każdym razie ci, co będą łożyć na utrzymanie obiektu mają poważny ból głowy. Frekwencja w naszym mieście i tak nie była szczególnie wysoka, ale na takich hitach, jak wyżej wymienione ciężko będzie zapełnić choćby jeden sektor.
Ale wróćmy do tego co minęło. Nie jestem ekspertem od spraw szkoleniowych, toteż nie podejmuję się szukać odpowiedzi na pytanie jak to się stało, że drużyna z pozycji lidera zjeżdża do strefy spadkowej. Nie ma zresztą w tym nic dziwnego. Wielokrotnie pisałem na tym miejscu, że nigdy nie należy snuć prognoz na podstawie kilku kolejek ligowych. Nawet runda to za mało...
Ale nie mogę się powstrzymać od kilku zdań komentarza na temat ostatniego posunięcia działaczy. Mowa oczywiście o roszadzie na stanowisku trenera dwie kolejki przed końcem rozgrywek. Jeśli to była rozpaczliwa próba ratowania tonącego okrętu, to ciśnie się na klawiaturę pytanie, dlaczego w roli ratownika obsadzono faceta, który dopiero uczy się pływać? Owszem, „Sagan” to był kawał piłkarza, ale w trenerskim fachu stawia pierwsze kroki. Może coś mi umknęło, zatem proszę mi przypomnieć, kogo on „uratował”? Jeśli szefostwo klubu zdecydowało się na gest rozpaczy, to trzeba było zatrudnić specjalistę od takich akcji. Kogo? Na dwie kolejki przed końcem… Cóż, najlepszego! Trzeba było się zapożyczyć i zatrudnić Pana Czesława. Akurat nie ma nic do roboty, a jako zadaniowiec raczej nie ma w naszym pięknym kraju konkurencji? Chyba, że… Działacze wybiegli myślą lotną do przodu i szukali trenera na nadchodzący sezon, czyli do prowadzenia zespołu w pierwszej lidze. Kontrakt podpisano na rok…
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze