Reklama

Cisza nad trumną

06/10/2005 14:21

Podręcznikowa definicja państwa nie pozostawia złudzeń. Państwo jest polityczną organizacją społeczeństwa, służącą realizacji celów tegoż społeczeństwa. I jako takie jest organizacją powoływaną przez społeczeństwo dla społeczeństwa i realizacji jego interesów. A interesem społeczeństwa jest żyć bezpiecznie i dostatnio, mieć drogi i mosty, mieć stróżów porządku gwarantujących porządek. Nie wnikając zbyt głęboko w sprawy genezy państwa (a są to, jak dowodzi historia myśli społecznej, sprawy dosyć tajemnicze) z grubsza można się zgodzić, że to społeczeństwo, samoorganizując się, powołuje państwo, by służyło jego interesom. Państwo realizuje swoje cele przede wszystkim poprzez stanowienie i egzekwowanie stanowionego prawa. Nie ulega zatem wątpliwości, że jest organizacją poważną i potrzebną dla właściwego funkcjonowania społeczeństwa. Trudno sobie wyobrazić, by w tej materii warto było postąpić w wynalazczości i zastąpić je jakimś innym tworem. Zapewne jakikolwiek by on nie był, zawsze dostrzeżemy w nim cechy upodabniające go do dzisiejszej formy państwa.
Nie trudno także zauważyć, że ze swej istoty państwo jest organizacją służebną wobec społeczeństwa. Państwo jest dla obywatela a nie obywatel dla państwa. Zresztą pamiętamy, że instytucje władzy państwowej uzyskują legitymizację, czyli uprawomocnienie z woli samego społeczeństwa. Wydaje się więc rzeczą naturalną, że ta droga powinna generować pozytywne odniesienie obywatela jako suwerena do władzy jako swoistego „wasala”. Niestety, dobrze wiemy, jak łatwo ideę służebności wypaczyć i zastąpić jakąś zdegenerowaną hydrą, jakąś mutacją „wasala”, który ma w dalekim poważaniu swego suwerena, który zamiast służyć swojemu suwerenowi, gnębi go, niekoniecznie nawet w formie jakiegoś totalitarnego Lewiatana, ale zwykłego, bardzo nawet przyziemnego samolubstwa, każącego realizować interes własny przeciw interesowi ogólnemu. Ponieważ chyba właśnie osiągnęliśmy ten stan rzeczy, jego dalekosiężne następstwa wydają się na razie nieprzewidywalne.
Następstwa „bliskosiężne” są już oczywiste. Oto 18 milionów Polaków spośród ponad 30 milionów uprawnionych nie wzięło udziału w wyborach parlamentarnych. Powyborcze iskrzenie pomiędzy „doszłymi” albo niedoszłymi koalicjantami nie pozwala na razie głębiej przyjrzeć się zastraszającemu zjawisku niskiej frekwencji, nienowemu zresztą po roku 89, ale nigdy dotąd tak dramatycznemu. Wydaje się, że stoimy nad grobem polskiej demokracji, a płaczu jakoś nie słychać. Czyż to jeszcze jest demokracja, kiedy nieliczna część decyduje za całość? PiS i PO – sejmową większość – wybrało niewiele ponad 6 milionów dorosłych Polaków. Te „sześć milionów składa się na demokratyczną „większość” w postaci 51 procent głosujących. Nietęgo, widać, ma się polska demokracja. Można oczywiście nie przejmować się zaistniałą sytuacją, nieobecni bowiem wykluczają siebie sami. Jednak te smutne liczby odzwierciedlają wyraźnie stan społecznego nastawienia wobec państwa i jego instytucji. Ma on swoje przyczyny i nikt chyba nie może twierdzić, że ich nie zna. Nieobecni zagłosowali najbardziej wyraziście w tych wyborach, dając silnego kopniaka w tyłek pozbawionej wiarygodności klasie politycznej. Jeśli nawet ktokolwiek wyraziście go odczuł, nie przyznaje się głośno. Szkoda. Nowych lekarzy chcących ratować chore państwo pojawiło się sporo. Kto jednak uleczy lekarza, który nie widzi swojej choroby?

Wiesław Kopeć

* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości