Kiedy zaczynałem pisać ten felieton, nadeszła wiadomość, że umarł ksiądz Jan Twardowski. Jakże więc nie zarzucić tematu, który gdzieś tam się kołatał w myślach i nie zatrzymać na chwilę nad życiem poety. Umarł ksiądz i poeta, to smutna wiadomość. Umarł ksiądz Jan Twardowski, odszedł odebrać nagrodę za swe długie życie, za wiersze, za myśli, którymi karmił przez dziesiątki lat swych wiernych słuchaczy i czytelników, to wiadomość, którą należy przyjąć ze spokojem, wszak uczył przecież mądrego pogodzenia i z życiem, i ze śmiercią. Chyba zatem nie smucić się teraz trzeba, on sam rzadko pozwalał siebie widzieć smutnym, ale pogodnie zamyślić nad pięknym i sensownym życiem, z którego wylewała się mądra radość. Zadumać się jeszcze bardziej trzeba i nad swoim życiem w perspektywie jego życia, którego, myśląc po Norwidowemu, śmierć na pewno nie mogła stargać, mogła tylko uwydatnić. Pamiętam jego pobyty w Płocku, wielokrotne, nieodmiennie za sprawą uprzejmości niezastąpionej Książnicy. I zawsze przy pełnej sali, nierzadko pełnej młodych, złaknionych młodego, pełnego życia i sensu słowa, które płynęło z ust starego poety.
Cóż takiego miał do powiedzenia młodym stary poeta, że słuchali go z zapartym tchem, jakby dzielił się jakąś niecodzienną, rzadką tajemnicą. A przecież, wydaje się, mówił rzeczy proste i dobrze znane. O miłości, o Bogu, o radości. Ale była w nich wielka siła wyrazu, bez cienia sentymentalizmu, raczej odwaga i pewność, przede wszystkim pewność wiary, sprawy coraz bardziej mglistej, a tu akurat prawdziwie przeżywanej, nie tylko znanej z katechizmu. I tym zachwycał. Jak w tych słowach z wiersza „Na wsi”: „Tu Pan Bóg jest na serio pewny i prawdziwy, bo tutaj wiedzą, kiedy kury karmić, jak krowę doić, żeby nie kopnęła, (…) tu Pan Bóg jest jak Pan Bóg, pewny i prawdziwy, tylko dla filozofów garbaty i krzywy”. Zawsze dawał do zrozumienia, że dzieli się wiedzą ważną, a ważność ta dotyczy samej istoty życia prześwietlonego coraz rzadszym w kulturze współczesnej filtrem wiary, nie abstrakcyjnej, postmodernistycznej, ale konkretnej, Chrystusowej, po franciszkańsku radosnej i bliskiej codziennemu życiu. I tym zjednywał szukających pewności w czasach coraz mniej pewnych.
Jakże wiele miał do powiedzenia w słowach prostych w sprawach trudnych i ważnych, w sprawach tak coraz bardziej zaniedbanych w postkomunistycznych, liberalnych czasach. „Podstawą wiary dziecięcej, mówił, jest świadomość, że jestem dzieckiem Boga. Ta wiara nie zależy od wieku. Dlatego wzruszają mnie starzy ludzie w kościele, którzy, wyzbywszy się ziemskich spraw, raptem uświadamiają sobie, że są dziećmi Boga. Mam wielki podziw dla ludzi, w których na starość dojrzewa dziecko”. I chyba właśnie ten podziw dla ludzi, dla świata, dla życia, wypowiadany nieustannie przez człowieka, który widział zło XX wieku, w wojnach światowych, w koszmarze nazizmu i komunizmu, budził największe zdumienie. Nieustannie wypowiadał prosty, ale szczery zachwyt dla świata, który miał odwagę nazywać najlepszym ze światów. Mimo obozów koncentracyjnych, mimo zagłady stawiał pytanie, czy potrafimy wytłumaczyć tajemnicę kruchego i bezbronnego dobra, które w tym okrutnym świecie jednak miało odwagę się przejawić. Jego obecność w świecie wojen i morderstw postrzegał jako dowód na to, że świat jest jednak w rękach Boga. Budził w nas odwagę i życzliwość wiary.
Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą, pisał w najpopularniejszym ze swoich wierszy. Życzył tego i sobie, i nam, swym czytelnikom, wszystkim ludziom po prostu. Sam zdążył zapewne. Przed nami wciąż to samo zadanie, wciąż ta sama nadzieja.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze